5 najlepszych rzeczy w 2013 roku

Zwlekałam, marudziłam, narzekałam – ale w końcu się poddałam i swoje podsumowanie napisałam. Jeśli będę mieć odrobinę szczęścia, to może nawet zdążę przed spadnięciem pierwszego śniegu tej zimy – bo już na pewno nie tego roku. Zapraszam więc do podsumowania najfajniejszych rzeczy A.D. 2013, u mnie i w popkulturze. Ale raczej w popkulturze.

Zanim przejdę do sedna, przypomnę jeszcze o trzech (!) innych podsumowaniach, w jakich już zdążyłam się przewinąć. Na Serialowej przeczytacie moją szczerą i niczym nie uprzedzoną dziesiątkę najlepszych seriali, na GeekStyle w doborowym towarzystwie (#niewiemcojatamrobię) odpowiadam o przyszłości blogosfery, a na Geekozaurze, w dwóch częściach, proponuję kilka zimowo-sylwestrowych ciekawostek. Serdecznie zapraszam w każde z tych miejsc, teraz i w ogóle. Tymczasem swoje podsumowanie zaczynam od…

5. Tatiana Maslany

Mogłabym powiedzieć, że Orphan Black – ale postanowiłam wyróżnić Tatianę, serial o klonach umieszczając niejako z defaultu. Jakkolwiek świetnym okazał się on tytułem, to jednak to, co ta mało wówczas znana, ale niezwykle utalentowana aktorka w nim wyprawiała, powodowało istny zawrót głowy. Siedem całkowicie różnych bohaterek, każda z własną manierą, charakterem, mową ciała, wszystkie odgrywane przez jedną wyjątkową Kanadyjkę – w świecie serialowym to odkrycie bez precedensu. I choć pomimo powszechnego zachwytu ominęła ją nagroda Emmy, jej fantastyczne kreacje zostały docenione przez krytyków (na zdjęciu z Critics’ Choice Television Award), ale przede wszystkim widzów. Przez ostatnie pół roku z radością patrzyłam, jak Orphan Black staje się coraz większym fenomenem, a promienny uśmiech Tatiany dociera do coraz większych rzesz zjadaczy popkultury. Jestem przekonana, że im więcej osób pozna choćby jedno jej klonowe wcielenie, już nie będzie chciało się z nią rozstawać. Dodać, że Tatiana jest osobą przesympatyczną, ciepłą, inteligentną, pełną humoru i pogody ducha – obejrzyjcie jakikolwiek wywiad – i nagle rok 2013 bez niej nie byłby tak fajny.

4. Ichabod Crane

Do czasu premiery jednego z najbardziej szalonych seriali, jakie w życiu widziałam, Ichabodem Cranem był dla wielu Johnny Depp. Nie wiem, jak dla Was, ale po premierze Sleepy Hollow „moim” Ichabodem jest już Tom Mison. Jego postać – nie dość, że absolutnie pięknie odgrywana – to bohater bardzo interesujący: wrzucony do rzeczywistości, z którą nic go nie łączy, pozbawiony wszystkiego, co mu bliskie, na zawsze rozdzielony z ukochanymi, ale na tyle zdystansowany, analityczny i ciekawy w stosunku do świata, by nie popadać w niepotrzebne załamanie. Jest przy tym absolutnie uroczy w swoim niezrozumieniu nowoczesnej epoki i niezdarnych próbach dopasowania się do obcych mu standardów. I nie mówię, że nie intryguje mnie cała jego osobowość – bo naturalnie tak – ale humor, jaki swoją osobą Ichabod wniósł do serialu był w tym roku bezkonkurencyjny. Rozmowa z dyspozytorką firmy ochroniarskiej, listowe nagrania na skrzynce głosowej, święte oburzenie na ceny, narzekania na kupowanie wody, bliskie spotkania z laptopem – nie wspominając o rozbrajającym „leftenant” i całym cudownym brytyjskim akcentem – wszystko to razem i osobno przywołuje mi na gębę szeroki uśmiech, doprawiany dodatkowo grafikami, które zalały fanowskie przestrzenie morzem wspaniałości. Krótko mówiąc, popkultura była w 2013 roku lepsza z Ichabodem niż bez niego.

3. Naughty Dog

Ten punkt mógł być w sumie oszukańczy – bo dopiero w 2013 roku poznałam całą wspaniałość serii Uncharted – ale studio pełne niegrzecznych psów swoim kolejnym tytułem zmietli mnie jak mysz pod miotłę i zostawili w przekonaniu, że jestem tylko nic nie znaczącym robaczkiem. Taki właśnie efekt miało na mnie The Last of Us – gra, po ukończeniu której zaczęłam wątpić w sens robienia czegokolwiek. W obliczu dramatu bohaterów, ich niesamowitej siły, odporności i ponadludzkich doświadczeń moja zwykła codzienność została zwyczajnie pozbawiona kolorów. I choć postapokalipsa z nadwrażliwymi słuchowo grzybicznymi zombie, powrót do wszystkiego, co w survival horrorach najlepsze, czy wyrafinowany, wymagający i wyczerpujący gameplay to teoretycznie największe powody, jakie skłaniają mnie do podobnych tytułów, w przypadku The Last of Us od razu wiedziałam, że będę w tą grę grać dla bohaterów. Grać, ukończyć, poświęcać się, martwić, przeklinać własną nieuwagę i nieumiejętność, nie spać, póki bohaterowie nie znajdą się w bezpiecznym miejscu, przeżywać każdy wzlot i każdy upadek… Nigdy, przenigdy nie spotkałam się z historią, która w tak dogłębny sposób zaangażowałaby mnie emocjonalnie. Wiem, że tego nie usłyszycie, ale Naughty Dog, dziękuję wam za najlepszą grę, w jaką w życiu grałam.

2. Kobiety

A konkretnie kobiety w grach, kobiety o grach, kobiety przy grach – kobiety o kobietach dyskutujące, kobiety tworzące, kobietami grające. Ale żeby było fair, również mężczyźni, w Polsce jak i za granicą, którzy w szerokim zakresie – na blogach, Facebookach, Twitterach – komentowali rolę postaci kobiecych w grach, filmach i całej (pop)kulturze. Choć sama nie byłam w tych dyskusjach szczególnie aktywna – to temat, który wciąż burzy mi krew – 2013 był dla mnie bez wątpienia rokiem kobiet. Pełen interesujących, dobrze skonstruowanych bohaterek (Mako Mori, Lara Croft, Orphan Black), dopuszczonych do głosu dyskusji o „marketingu” postaci kobiecych (Remember Me), autorskich przedsięwzięć rzucających na sprawę nowe, potrzebne światło (Anita Sarkeesian), szczerych komentarzy gwiazd (Natalie Portman), zwracających celne uwagi kontrowersji (Tauriel), oświecającego problem oburzenia (Quiet z Metal Gear Solid 5) i dziesiątek wzmianek, głosów, grafik i zdań poruszających tak te pozytywne, jak i negatywne aspekty postrzegania kobiet w kulturze masowej. Jeśli się o nich mówi, a ktoś słucha, jest to już połowa sukcesu. Dzięki tak szerokiemu odzewowi z różnych środowisk chcę wierzyć, że rok 2013 poczynił naprawdę duży krok w zmianie postrzegania postaci kobiecych z „najseksowniejszych” na „te, które szanujemy najbardziej „. Oby takich kroków wciąż było więcej.

1. Blogosfera

Zestawienie kończę na nucie osobistej, bo 2013 rok był dla mnie przełomowy jako blogerki. Lutowa decyzja o przenosinach na WordPressa pociągnęła za sobą lawinę zmian, których efektem jest nie tylko obecny kształt bloga, ale przede wszystkich jego treść, cel i zamierzenia. Wiem już, o czym chcę pisać, jak chcę pisać i dla kogo chcę pisać, i już od paru miesięcy konsekwentnie się tym realizuję – a wcale nie było to dla mnie takie oczywiste na początku istnienia wówczas jeszcze Domu Wiedźmy. Ogromnie cieszę się z tej klarowności – wolności, tak naprawdę – ale nie ją jedną chcę tutaj wyróżnić. Wyróżniam blogosferę jako taką, ponieważ dała mi poznać mnóstwo ciepłych, przyjaznych, zakręconych, inteligentnych, pomocnych i fantastycznych ludzi, bez których obecności – tak w sieci, jak i poza nią – blogowanie nie byłoby tak cudownym hobby. Każdy czytelnik, każdy bloger, każdy komentujący, każdy obserwujący na Twitterze i każdy piszący na Facebooku – jesteście dla mnie stałym źródłem radości i inspiracji, i potwierdzeniem, że kocham robić to, co robię. Dziękuję Wam za to, że jesteście, i że mogę razem z Wami bawić się – bo nie  ma potrzeby nazywać tego inaczej – naszym wycinkiem kultury. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :)

P.S. Zdążyłam przed spadnięciem śniegu. Mighty me.

  • Ichabod kontra plastikowe opakowanie. Forewer.

    Błożesztymój, „The Last of Us” zostawiło mnie w takim zawiasie na 10 minut, że nie pamiętam, która gra ostatnim razem tak ze mną postąpiła. A później przez trzy dni słuchałam ścieżki dźwiękowej (boski Santaolalla i jego nie mniej boskie gitary) w głębokim zadumaniu.

    [Scena z żyrafami – poryczałam się ze ze wzruszenia jak baba]

    • Ja po zakończeniu „The Last of Us” poczułam, że nie ma sensu nawet robić sobie herbaty, bo jest to czynność tak bardzo pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia…

      Za to w grze najbardziej trafiła do mnie scena (post-winter), kiedy Joel chce podsadzać Ellie, żeby ściągnęła drabinę i standardowa animacja nagle się „zawiesza”. Boże, jaką to miało siłę przekazu, aż mi teraz ciarki przeszły…

      • …a później…
        Oglądam The Walking Dead.
        Bohaterowie na ekranie: (Skradają się ciemnymi korytarzami w atmosferze ogólnego napięcia)

        Ja: (w skupieniu wsłuchuje się w dźwięki środowiskowe, czy przypadkiem gdzieś nie czają się klikacze)
        Ja: Oh, wait…

  • Przyznam, że myślałam, że na którymś miejscu znajdą się mangi :)

    W każdym razie mnie również cieszy to, że jeśli chodzi o miejsce kobiet w popkulturze to wreszcie coś zaczęło się dziać. Oby tak dalej!

  • The Last of Us z tego co oglądałem RePlaye fajne, ale niestety nie dane mi pograć z faktu iż nie posiadam konsoli.