3 serialowe związki, których nie chcę oglądać

W pewnego typu serialach przyjęło się, że pomiędzy dwójką głównych bohaterów płci przeciwnej musi istnieć napięcie natury romantycznej, żeby „motywować” widzów jak tą marchewką zwisającą z kija. Jednak w tym roku aż trzy nowe tytuły wydają się obierać inną, znacznie mniej oczywistą ścieżkę. I chwała im za to, bo romans pomiędzy tymi parami byłby ostatnią rzeczą, jaką chciałabym w nich oglądać.

Seriale przyzwyczaiły nas do romansu pomiędzy parą głównych bohaterów tak mocno, że spodziewamy się go nawet nie chcąc się spodziewać. Decyzje za takim układem są oczywiście zrozumiałe – perspektywa romansu jest często większym wabikiem niż fabuła, zwłaszcza w proceduralach kryminalnych i zwłaszcza w przypadku trójkątów – ale im więcej takich przypadków się ogląda, tym bardziej stają się nudne, ograne i przewidywalne. W ostatnich latach pojawiła się więc inna wariacja – bromance – ukazujący przyjacielską, często uszczypliwą, nierzadko „małżeńską” relację pomiędzy dwoma bohaterami płci męskiej. Bromance najczęściej spełnia w serialach rolę humorystyczną, ale w wielu przypadkach ukazuje również głęboką stronę męskiej przyjaźni, o której nie mówi się często. Ten drugi wariant najbardziej urzekł mnie chyba w Przygodach Merlina w relacji pomiędzy Merlinem a Arturem, gdzie jeden przez drugiego nawzajem poświęcali dla siebie honor, pozycję i życie – w sposób absolutnie naturalny, zrozumiały i pozbawiony podtekstów. To właśnie ta przyjaźń stała się siłą napędową tego serialu, pozwalając mu niekiedy sięgać prawdziwych wyżyn. Ostatnio pojawia się jednak jeszcze inny trend – próba okręcenia serialu na takiej samej przyjaźni pomiędzy kobietą a mężczyzną. W tegorocznych premierach pojawił się zaś tak skutecznie, że po kilku odcinkach praktycznie nie wyobrażam sobie danych par w konfiguracji romantycznej.

Zanim przejdę do szczegółów, jedna uwaga – jestem oczywiście świadoma, że przyjaźń damsko-męska istnieje w przestrzeni serialowej od lat. Wystarczy spojrzeć na Mala i Zoe z Firefly, Buffy i Xandra z Buffy: Postrachu wampirów, Clarka i Chloe z Tajemnic Smallville czy Merlina i Ginewrę ze wspomnianych Przygód Merlina. Wszystkie przypadki to przyjaźnie piękne, wartościowe i fascynujące, ale jednocześnie nie stanowiące dania głównego. Lepszym przykładem – i zarazem potwierdzeniem rozwijającego się trendu – będą Pete i Myka z Warehouse 13; podobno ze świetnym skutkiem działa to też w Elementary, ale tu muszę się oprzeć na zasłyszanych opiniach. Chodzi więc o centralne postacie żeńskie i męskie, dla których fundamentem relacji nie są podteksty romantyczne, a już najlepiej, kiedy są one całkowicie nieobecne już na samym starcie serialu. Rzecz nazywam z kolei trendem, bo w tym serialowym sezonie widzę aż trzy przypadki, w których to własnie przyjaźń jest najsilniejszą więzią pomiędzy kandydatami.

Ichabod Crane i Abbie Mills

W tym względzie już na pierwszy rzut oka przoduje Sleepy Hollow, w którym niemal natychmiastowa nić porozumienia pomiędzy dwójką głównych bohaterów od razu stała się siłą napędową nie tylko serialu – dzięki wyraźnej chemii pomiędzy aktorami, ale i jego fabuły – dzięki związaniu losów tej dwójki ze sobą. Od dosłownie pierwszej sceny było jednak widoczne, że to związanie ze sobą nie ma nic wspólnego z miłością. Ich pierwsze spotkanie jest spotkaniem zagubionego aresztanta ze zmęczoną policjantką – relacja zawodowa i co najwyżej współczująca – a kolejne budują zaufanie na zasadach obopólnej korzyści: Abbie potrzebuje rozwiązać tajemnicę, Ichabod potrzebuje kogoś, by zrozumieć swoją niecodzienną sytuację. Ich profesjonalna relacja szybko jednak topnieje pod wpływem ich własnych osobowości – Ichabod w lot łapie absurd swojej sytuacji tak samo jak Abbie w lot łapie absurd swojej, co pozwala im błyskawicznie złapać kontakt i zacząć nadawać na tych samych falach. Później z kolei dowiadujemy się, że Ichabod jest jedynym człowiekiem, który może zrozumieć, co przez lata Abbie przeżywała wewnątrz swojej głowy, a Abbie to jedyna osoba, która bez obiekcji mogła uwierzyć w jego historię. Poznaliśmy też, jak ważna – i dlaczego – jest dla bohaterki ta przyjaźń i jak Ichabod swobodnie czuje się w jej towarzystwie. Dobrze też wiemy, że oboje naprawdę chcą powstrzymać apokalipsę, a ich wiara w siebie nawzajem pozwala im pokonywać wszelkie przeszkody. Więc ja się pytam: po co tu jeszcze jakakolwiek miłość?

Ludzie w necie argumentują, że chemia jest, owszem, wyraźna, ale nie można ignorować troski, jaką wobec siebie żywią, dyskretnych spojrzeń, jakie Ichabod rzuca Abbie oraz ich ciągłego droczenia się. Jeśli jednak droczenie się jest nierozerwalnie związane z żywieniem romantycznych uczuć (kto się czubi, ten się w końcu lubi – niekoniecznie kocha), dyskretne spojrzenia mogą oznaczać wyłącznie skrywane uczucia, a żywienie troski oznacza nic innego jak chęć oddania życia za ukochaną/ukochanego, to ja naoglądałam się chyba wszystkich niewłaściwych produkcji. Ewentualnie naoglądałam się tylu ekranowych miłości, że takie tanie sztuczki już mnie po prostu nie ruszają. Bo tak, uważam, że próba złączenia bohaterów miłosnym węzłem byłaby przykrym, tanim chwytem, który odarłby Sleepy Hollow ze swojego unikatowego klimatu i wyjątkowej, fascynującej wartości. No bo ile uznanych seriali może pochwalić się parą przyjaciół przeciwnej płci, którzy wspólnie rozwiązują zagadki ani myśląc o miłosnych zbliżeniach? Nawet Moulder i Scully w końcu zaczęli mieć się ku sobie, psując po drodze niemal cały serial. Ichabod i Abbie mają wszystko, co jest im potrzebne do pełnego zaufania wzajemnego partnerstwa, nie chcę więc dodatkowo widzieć w ich relacji sercowym dram. Zrozumienie – tak, troska – jak najbardziej, zaufanie – absolutnie, miłość? Kompletnie zbędna.

Nie wspominając nawet o fakcie, że w tempie 10-ciu odcinków na sezon na niepotrzebne miłostki po prostu nie ma czasu. Dzieją się w tym serialu znacznie ciekawsze i znacznie ważniejsze rzeczy.

Alicja i Walet Kier

W Once Upon a Time in Wonderland sytuacja jest odrobinę odmienna, ale już wyraźnie widać, że początkowe zestawienie Alicji z łotrem o złotym (w gruncie rzeczy) sercu okazało się znacznie bardziej angażujące niż próby przekonania nas o jej dozgonnej miłości do Cyrusa. Przez dotychczasowe cztery odcinki dwójka ta ramię w ramię sprzymierzała się przeciw przeciwnościom losu, dając nam podgląd na ich kłótnie, pojednania, wzajemną troskę i po prostu przyjaźń. Ta ostatnia jest tym ciekawsza, że została przedstawiona w zasadzie z defaultu, nic bowiem nie wiemy jeszcze o ich przeszłości podczas pierwszej wizyty Alicji w Krainie Czarów. Mimo tego świadomość, że dla dobra Waleta bohaterka potrafi bez namysłu narazić swoją misję, oraz że Walet potrafi dla niej podjąć osobiste ryzyko wyraźnie pokazują, że ich więź jest silna i bezdyskusyjna – znacznie, znacznie silniejsza niż ta nieszczęsna miłość do dżina.

Jednak związek Alicji i Cyrusa ma moje całkowite poparcie, jeśli ma oznaczać, że pomiędzy dziewczyną a Waletem nie wywiążą się nagle żadne romanse. Konflikt charakterów tej dwójki – sprzeczających się o wagę miłości w jednej chwili i myślących jak jeden mąż w drugiej – jest doskonałym źródłem rozrywki, który w konfiguracji romantycznej mógłby przeistoczyć ten serial w pierwszy lepszy romans paranormalny. Once Upon a Time in Wonderland traktuję tymczasem jako produkcję typowo awanturniczą, której podstawowym skupieniem jest przeżywanie fantastycznych przygód w magicznej krainie. Oczywiście, zakochiwanie się w produkcjach awanturniczych to bardziej norma niż wyjątek – i w tym momencie strach myśleć, w co się ten serial przeobrazi z chwilą zjednoczenia bohaterki z jej ukochanym – ale póki co z ogromną przyjemnością oglądam zmagania dwójki przyjaciół w ich dążeniu do celu. To trochę jak powrót do dzieciństwa i ulubionych kreskówek, w których o żadnych „takich” się nawet nie myślało.

Nie można też zapominać, że nie tylko Alicja ma w głowie innego – życiowe rozgoryczenie Waleta okazało się bezpośrednim efektem złamania mu serca przez kobietę, wobec której nie jest wcale obojętny. Na razie wygląda na to, że bardziej niż na powrocie do ukochanej zależy mu – mniej lub bardziej – na uratowaniu jej duszy, co dodatkowo jest motywem całkiem dojrzałym. Tak czy inaczej, to właśnie przyjaźń Alicji i Waleta pomaga im wzajemnie się uleczać – nie poprzez miałkie dramaty, ale świadomość, że mają w sobie nawzajem oparcie. Mogą się w tym celu kłócić i pojednywać, przemawiać do rozsądku pomimo przeciwności, kazać się zmierzać z trudnymi prawdami, jak to przyjaciele mają w zwyczaju. I znów: czy to oznacza, że ostatecznie muszą się w sobie zakochać? To pospolite pojechanie po najmniejszej linii oporu.

Oczywiście, mowa tu tylko o zaledwie czterech odcinkach – a po czwartym całe podróżowanie we dwójkę można już zacząć poddawać w wątpliwość. Mimo tego internetowe próby shippowania tych bohaterów wkurzają mnie już teraz i musiałam dać upust swojemu sprzeciwowi.

Skye i Grant Ward

Jeszcze co innego prezentuje sobą relacja pomiędzy Skye a Wardem z Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. Po pilocie serialu niemal wszyscy jednogłośnie założyli, że ta dwójka jest stworzona ewidentnie pod romans. Ja, przyznaję się, napisałam też, że przeciwko romansowi nie miałabym nic przeciwko. Tych słów odwoływać nie będę, za to odłożę w je czasie, bo oto okazuje się, że hakerka i agent świetnie porozumiewają się na linii siostrzano-braterskiej.

Na początek fakty: Ward od samego początku był do Skye nastawiony negatywnie, uważając ją za lukę bezpieczeństwa nie tylko ze względu na jej przynależność do Rising Tide, ale również przez brak jakiegokolwiek obeznania bojowego. Gdy odkrywa, że dziewczyna ma głowę pewną wartościowych pomysłów, zostaje jej szkoleniowcem, co obojgu otwiera furtkę do poznania się lepiej. Nić porozumienia nawiązują stosunkowo szybko, kiedy najpierw Ward opowiada jej o trudnym dzieciństwie z braćmi, a potem ona zwierza mu się z trudów życia w domach zastępczych. Wsparcie rodziny to coś, czego żadne z nich nie doświadczyło, jest więc to dla nich idealny pomost w komunikacji. Tym bardziej widoczny, jeśli wziąć pod uwagę skłonność Warda do ochraniania słabszych oraz pragnienie Skye, by przynależeć – coś, co oboje wyciągnęli z owych trudów dorastania. Włączyć w to jeszcze konflikt charakterów – ona wyluzowana, on wiecznie spięty – i przyjacielskie szturchania, zaczepki i przekomarzania stają się dla mnie idealnym obrazem platonicznej miłości pomiędzy dwoma samotnikami szukającymi ciepła, które w dzieciństwie nie było im dane. I najfajniejsze jest w tym to, że ani jedno, ani drugie wcale na to nie liczyło.

To wszystko ułożyło mi się w głowie jeszcze zanim dowiedzieliśmy się, że Skye miała potajemnego chłopaka. Z tym odcinkiem włącznie, nic w ich wzajemnej relacji ani przez moment nie machało mi przed nosem romansem – nie było żadnych specjalnie kadrowanych spojrzeń, tekstów, czy aluzji (te wychodziły wyłącznie od Fitza), nic więc nawet do miłostek nie zachęcało. Nie wiem, na ile było to świadomym działaniem scenarzystów, by nie psuć niespodzianki związanej z postacią Milesa i, na przykład, zachować romansowy potencjał na później, kiedy Skye będzie już „wolna”, ale nawet jeśli, ja w tym momencie takiego kierunku już bym sobie nie życzyła. Podoba mi się, że w tak krótkim czasie zaczęli polegać na sobie na tyle, by zdrada dziewczyny zabolała ich obopólnie, ale w następnej chwili nawet się nie zastanawiać, by we dwójkę ratować towarzyszy w tarapatach. To świadczy o zaufaniu, nie od razu od miłości. W miłości byliby zaślepieni, w zaufaniu są zdecydowani, zgrani, myślący jak zespół. A jeśli co cokolwiek w Agentach chodzi, zespół byłby gdzieś na szczycie listy priorytetów.

To mówiąc, możliwości romansu tak kompletnie nie odrzucam – ale w najchętniej bym o niej w tym sezonie nie chciała nawet myśleć. Zresztą przed obiema postaciami jeszcze daleka droga w rozwoju, biorąc pod uwagę fakt, jakim falstartem okazał się początek tego serialu.

I to by były moje trzy podstawowe pary. Na deser mogłabym dodać jeszcze Olivera i Felicity, których relacja co rusz ubarwiana jest niezdarnymi komentarzami dziewczyny, ale jeśli miałby w niej zaistnieć romans, to zdecydowanie jeszcze nie teraz. Po pierwsze świetnie ogląda się ich w dokładnie takim ustawieniu, a po drugie romans to niekoniecznie coś, co obu postaciom jest w tym momencie niezbędne. Przed nimi jeszcze multum ciekawych wątków bez dodatku drugiej połowy – i to w zasadzie jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie serwuje nam początek 2. sezonu Arrow.

Podsumowując: serialowy romans to nie jest koniec i początek serialu, można go z powodzeniem zastąpić relacją głębszą, dojrzalszą i niemniej ciekawą. I choć w ocenie wielu rzeczy mogę się mylić, to jednak ufam, że scenarzyści nie ugną się pod naporem internetowych shippingów. Też lubię sobie poshippować, ale bez przesady.

 

  • Seji

    Doskonale rozegrany wątek romansowy był w „The X Files”. Niby coś jest, ale nie ma, a jak ma już do czegoś dość, to coś przeszkadza (np. pszczoła). Do tego kilka zmyłek (shapeshifter, jemioła). I tak aż do ostatniego odcinka tak naprawdę. :)

    Za to w Human Target skopali sprawę i główny bohater, niestety, poromansował ze swoją pracodawczynią, co nie pasowało mi zupełnie.

  • rob

    w arrow powinno się obejść bo przynajmniej w komiksowej i animowanej wersji strzała leci za kim innym ;))a za kim to jest prosta zagadka ;)

  • Grzegorz Osik

    Co do SHIELDa, to hej, nie kupuję tej siostrzano-braterskiej relacji, szczególnie po scenie z okularami. I afaik, to było przed Milesem.

  • Bardzo ciekawe podejście do tematu. W gruncie rzeczy też nie chciałbym, żeby Abbie i Crane ani tym bardziej Alicję i Waleta, połączyło jakieś uczucie, bo to by moim zdaniem sporo zepsuło. Agentów mam za sobą dopiero trzy odcinki, więc ciężko mi się wypowiadać na temat Skye i agenta Warda.
    W gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko wątkom miłosnym, byle były dobrze uzasadnione i jakoś tam zgodne z duchem postaci. Gorzej jeśli są wciskane na siłę i właśnie psują takie „koleżeńskie” relacje. No ale być może w takich wypadkach, scenarzyści po prostu nie wierzą w przyjaźń damsko-męską.

  • Może nie dokońca w temacie związków, ale… Jeśli w ciągu kolejnych 3 odcinków Crane nie założy normalnych ciuchów, przestaję oglądać SH. Gość non stop pogina w tym samym, co to ma być? Kreskówka z lat 90? ;D

    • No to chyba się zawiedziesz, bo gdzieś czytałam, że ten strój jest dla Ichaboda łącznikiem z utraconą przeszłością, więc z pozbywania się go raczej nic. Ale za to Abbie ma przed nim odkryć dobro nowoczesnych pralek ;)

      • Jakoś mi to nie pasuje do postaci, to raczej kiepska próba reżysera i scenarzysty, by na siłę podkreślić „odmienność” Crane’a. W swoich latach Ichabod był na tyle postępowym człowiekiem (na co wskazuje podejście do kolorowych oraz raczej szybkie przystosowanie się do nowych realiów), że ciężko mi uwierzyć, że miałby się przywiązywać do takiej pierdoły, jak strój ;P