Wszyscy lubimy dobre rzeczy. Nawet lepiej: wszyscy lubimy, kiedy jedna dobra rzecz przeskajuje na inne medium i staje się jeszcze lepszą dobrą rzeczą. Na pewno znacie takie przykłady, nieliczne jakie są. Niestety, w historii popkultury grubszą kreską zapisują się przypadki znacznie gorsze – i dzisiaj będzie o dwunastku takich, o których lepiej zapomnieć, że istnieją.

Mało na tym blogu wybrzydzam. Nie, że nie lubię – narzekanie wychodzi mi świetnie, słowa same płyną i tak dalej – ale zazwyczaj, cóż poradzić, rzeczy mi się podobają. Dlatego kiedy znajoma i zarazem czytelniczka podrzuciła mi pomysł napisania o najgorszych rzeczach na licencji (dziękować!), stwierdziłam, że to doskonały moment, by odrobinę wyrównać szale. Z drugiej strony, to też świetny moment na przypomnienie sobie, czego i dlaczego należy unikać, zrzucenie z siebie ciężaru hejtu i zadumanie się nad brakiem kreatywności twórców. Jednak mimo wszystko, bedąc obdarzoną pozytywną naturą, dwunastu przykładów nie dałabym rady wymyślić sama, dlatego też w dzisiejszym wybrzydzaniu pomogą mi znani (a jak nie znani, to natychmiast proszę poznać) i lubiani blogerzy: Salantor z Bobrowni oraz Pusiek z Recenzji Malkontentki. Razem zapraszamy na wielki przegląd filmów, gier i książek, które nigdy nie powinny były powstać.

Wrota Baldura

Pozycja, od której ten wpis się zaczął, książka tak zła, że do dziś, po kilkunastu latach od jej przeczytania, wzbiera we mnie niepohamowany gniew, że ją w ogóle przeczytałam – ba, że ten człowiek w ogóle ją napisał. Nie pamiętam z niej wiele, ale jeśli pamiętam, że zalała mnie od niej krew, to wiedźcie, że coś się stało. Książkowe Wrota Baldura to nic innego jak streszczenie wydarzeń z gry w tak fatalnej, okrojonej i bezsensownej oprawie, że włos się na głowie jeży. Szczególnie wkurzyła mnie postać – oczywiście płci męskiej – bohatera, którego jedynym celem w tej historii było nie odkrycie swojego przeznaczenia, ale ratowanie bezbronnej Jaheiry, której mąż znajduje się tu tylko po to, by umrzeć – zresztą jak większość znanych z gry bohaterów – po to tylko, by bohater mógł wzdychać do niej bez wyrzutów sumienia. Jedyną sceną, jaką tu zapamiętałam był atak pająków, gdzie bohater dziarsko pomagał druidzce wyciągać pajęczaki z biustu. Ręce opadają. Do tego milion powtórzeń, idiotycznych konstrukcji językowych, strasznie, strasznie, strasznie kiepskich opisów walk, wszystko na przestrzeni 300-stu z trudem wyczytanych stron. Ta książka jest okropna – okropna – i jeśli do czegoś się nadaje, to albo jako podpałka do grilla, albo jako koronny przykład, jak nie należy pisać, tłumaczyć i wydawać. Tragedia. (Aeth)

W cieniu Xel’nagi

Mówi się, że kiepskie fantasy jest jak zapis sesji RPG, tylko bez scen wydawania pedeków. Idąc tym tropem powieść Gabriela Mesta (pseudonim Kevina J. Andersona, jakby kto był ciekaw) to fabularyzowany zapis przeraźliwie nudnej partyjki Starcrafta. Poważnie, wszystko tutaj jest tak niewolniczo wierne growemu oryginałowi, że w pewnym momencie do pełni szczęścia brakowało tylko informacji o koszcie wystawiania kolejnych jednostek i komunikatów You must construct aditional pylons. Jeśli jakaś jednostka mogła strzelać tylko w powietrze, to może i tutaj, nawet jeśli na dłuższą metę takie ograniczenie jest bezsensowne. Jeśli do boju idą oddziały, to tylko w liczbie kilkunastu sztuk, bo więcej autor nie dał rady zaznaczyć. Poza tym czytelnik ma do czynienia z masą bohaterów płaskich jak dobrze wypoziomowana scena, fabułą nie tyle prostą, co prostacką, mnóstwo wątków istniejących bodaj tylko dla samego istnienia, opisy suche i boleśnie ogólnikowe (“It rose like a phoenix made of giant feathery wings, grasping tentacles, and blazing suns for eyes”), akcję, która pędzi na złamanie karku, skacząc po kilkunastu miejscach jak żaba z biegunką oraz zakończenie pasujące do klimatu gry jak dyskoteka do obozu koncentracyjnego. 250 stron bylejakości. (Salantor)

Tekken: Movie

Filmy na podstawie elektronicznych bijatyk powinny zdawać sobie sprawę z tego, że fabuły gier to takie historie-szmatki, które fani gatunku nauczyli się lubić z całym kiczowatym dobrodziejstwem inwentarza, nie powinny próbować dopisywać sensu tam gdzie go nie ma i nie mogą zapominać, że tak naprawdę chodzi w nich tylko o jedno – o pokazanie efektownych scen walk. Wiedział o tym filmowy Mortal Kombat (pierwszy!), który na stałe zapisał się w panteonie filmów tego troszkę mniej prestiżowego gatunku. Nie wiedzieli o tym natomiast twórcy Tekken: Movie, którzy kolorową, głupkowatą bijatykę, w której panda bije się z dinozaurem zamienili w rozhisteryzowaną opowieść, w której ani jeden wątek nie miał większego sensu. Zawiodły więc sceny walk zrobione byle jak i na odwal, aktorzy którzy grali z zacięciem godnym wystawienia Szekspira, a nie głupiutkiej historyjki rodem z mordoklepki i realizacja, która rozminęła się z oryginałem o całe lata świetlne. W efekcie Tekken: Movie to film tak koszmarnie nijaki, że właściwie oglądając go nie pozostaje widzom nic innego jak tylko usiąść i zapłakać nad swym losem. Albo nalać sobie następną kolejkę. I tym właśnie różni się klasyka od tragedii. (Pusiek)

Rambo: The Videogame

Podejrzewam, że nazywając to coś grą obrażam właśnie całe medium i wszystkie uczestniczące w nim osoby. Ale jakich innych słów mam użyć? Śmieć? One nawet w połowie nie oddają jakości tego czegoś. Ale żeby nie być gołosłowym – Rambo kosztuje 37 euro. Za tę cenę oferuje grafikę sprzed 12 lat, mechanikę rozgrywki w najlepszym wypadku przestarzałą (strzelanka „na szynach”, zwana też „celowniczkiem”. Produkt doby automatów do gier, a nie Oculus Rifta), QTE tak wkurzające, jak to tylko jest możliwe, tempo rozgrywki usypiające jak zestaw stosownych tabletek, dialogi w cutscenkach żywcem wycięte z filmów (nawet słychać ich kasetową jakość), masę bugów (headshoty przez kamienie, spaprana fizyka ciał) oraz poziom trudności ustawiany przez człowieka mającego zerowe pojęcie na ten temat, z ostatnią misją tak absurdalnie trudną, że wygląda ona na desperacką próbę utrzymania gracza jak najdłużej przed monitorem. Plus całość można przejść w 4 godziny z małym hakiem, o ile gra nie wywali się do pulpitu „bo tak”, co zdarza się jej z niepokojącą regularnością. Na samą myśl, że ktoś wziął za to coś pieniądze robi mi się zimno. (Salantor)

Człowiek ze stali

Nudny film o przebajerzonym gościu bez okruszka charakteru. W Człowieku ze stali zawodzi praktycznie wszystko. Aktorzy, którzy grają jakby włączyła im się opcja „stand-by”, reżyseria, która rozwleka sceny akcji do takiego ekstremum, że widzowie zaczynają wiercić się w fotelach i scenariusz tak głupi, że tropienie wszystkich jego potknięć jest jak kopanie leżącego. To miał być początek filmowego uniwersum DC, film który miał wziąć się za bary z produkcjami Marvela i powalczyć o serca widzów. Zamiast tego wyszła nudna, patetyczna i pozbawiona większego sensu guma do żucia. Film dokładnie taki, jakiego wszyscy się spodziewali, w którym nawet efekty specjalne nie zamaskowały podstawowych braków. Człowiek ze stali mógł być wszystkim. Mógł zacząć z dowolnego punktu, zekranizować dowolną historię, zaciągnąć na plan zdolnych, nieoczywistych aktorów. A wyszedł jedynie zachowawczy zakalec. Podobno najbardziej bolą zmarnowane szanse. (Pusiek)

Kindred: The Embraced (Więzy krwi)

Krótkotrwały serial luźno oparty na motywach gry fabularnej Wampir: Maskarada, który jako serial robi mizerną robotę, a jako luźna adaptacja nie dorastające do pięt wrażenie. Zabrałam się za niego tylko dlatego, że grałam wówczas w Wampira i stwierdziłam, że nie będzie złe podpatrzeć go sobie – w tej czy innej wersji – na ekranie. Poza tym serial dorobił się zaledwie 8-miu odcinków (powodem była niestety tragiczna śmierć aktora wcielającego się w główną rolę), a co to dla mnie 8 odcinków. I kurczę, poległam na 4-tym. Nie mogłam. Po pierwsze serial straszliwie trąci myszką – czego mogłam się spodziewać, ale nie aż tak, po drugie prawie każda scena zagrana jest z rażąco sztuczną pompą (te deklamacje! te spojrzenia! te akcenty!), po trzecie fabuła przeskakuje z jednego kwiatka na drugi w ogóle nie przejmując się ciągiem przyczynowo-skutkowym, a po czwarte adaptuje wątki z Maskarady w bardzo luźny, a co za tym idzie w bardzo biedny sposób. Wystarczy wspomnieć, że dzięki bohaterowi z klanu Ventrue dowiedziałam się, jak Gangrele spajają się z ziemią. Nic dziwnego, że widzowie nieobeznani z RPG-iem szybko pogubili się w wątkach, a widzowie obeznani kwitują serial pobłażliwym chichotem. Jedyna radość z Kindred: The Embraced to bowiem radość śmiania się z niego do rozpuku, inaczej zwyczajnie bolą od niego zęby. (Aeth)

Ultramarines

Wybór akurat tego filmu może wydawać się dziwny, gdyż sam z siebie nie jest zły. Tak, ma taką sobie grafikę (tekstury i wybuchy wyglądałyby dobrze dziesięć lat temu), animacja razi sztywnością, sceny walki błagają o kogoś kompetentnego do ich nakręcenia, fabuła jest tak genericowa, jak to tylko możliwe w czterdziestym tysiącleciu (grupa wojowników ruszająca sprawdzić, co się stało w ważnej świątyni. Nie trzeba tytana intelektu, by domyślić się ciągu dalszego), a niektóre sceny dłużą się w sposób straszliwy. Z drugiej strony można tu znaleźć nie takie złe dialogi, miły dla oka design demonów, nastrój Ponurej Przyszłości oraz bardzo młotkową muzykę, nawet jeśli tutejsze chórki preferuję angielski nad łacinę… znaczy high gothic. Ultramarines trafiło do tego zestawienia z dwóch powodów. Po pierwsze: był to pierwszy, oficjalny film ze świata Warhammera 40k ever i nie prezentował się nawet w dziesiątej części tak dobrze, jak powinien, biorąc pod uwagę wykorzystaną markę oraz stojące za nią pieniądze. Wojennym Młot ze swoją wielką bazą fanów i dziesiątkami lat istnienia zasługiwał na coś dużo lepszego, po prostu. Po drugie: w porównaniu z wciąż powstającym, fanowskim The Lord Inquisitor, Ultramarines wyglądają po prostu biednie. Jeśli profesjonaliści ze skromnym budżetem robią gorszą robotę, niż fani bez budżetu, zwłaszcza gdy mówimy o Warhammerze, to coś jest tutaj bardzo nie tak. Shame on You, Games Workshop. (Salantor)

Max Payne 3

Kilka słów o grze, która zmasakrowała jedną z ikonicznych postaci mojego dzieciństwa. Mówię tutaj o Max Payne 3, który jest produktem stworzonym przez zupełnie inną ekipę niż ta, która dała początek serii. Rockstar, który miał prawa do marki, postanowił na nowo ulepić własną historię wyrzucając wszystko to co drogie sercom fanów do kosza. I przy okazji szargając błogie wspomnienia z dzieciństwa spędzonego na ostrzeliwaniu wrogów z siostrą u boku niżej podpisanej (Tak, od małego pacholęcia gram w gry od lat osiemnastu. Nie jestem świrem. Chyba). Ponury Nowy Jork zamieniono więc na słoneczną, pstrokatą Brazylię. Przygnębiającą fabułę o korupcji sięgającej najwyższych stopni władzy, na opowieść o ochranianiu dwóch idiotek. Bohatera, którego lubiłam na stetryczałego dziadka, który non stop działał mi na nerwy. Do tego wszystkiego cała gra stała na skraju grywalności, a durnowate rozwiązania gameplayowe takie jak niepomijalne killcamy czy nieistniejąca detekcja kolizji, nie raz i nie dwa sprawiały, że miałam pianę na ustach. Dla mnie to przykład produktu na licencji stojący gdzieś pomiędzy nonszalanckim pójściem po najmniejszej linii oporu jak w Człowieku ze stali, a kompletnym niezrozumieniem oryginału Ostatniego Władcy Wiatru. Nawet słabiutki filmowy Max Payne z drewnianym Markiem Wahlbergiem i tekturową Olgą Kurylenko nie wywołał we mnie takiej traumy. (Pusiek)

Dragonball: Evolution

Dragonball-Evolution-movie-posterEkranizacja – tfu, swobodna adaptacja – hitowej serii m&a, którą większośc z nas, jak się spodziewam, darzy głębokim, nostalgicznym uczuciem, nie mająca, jak się można spodziewać, wiele wspólnego z oryginałem. Do takich rzeczy podchodzę ze swobodą niewiele różniącą się od tej, z jakiej korzystali twórcy przy pisaniu tego scenariusza: stwierdziłam, że czemu nie. A potem obejrzałam film i w paru (czyt. w wielu) miejscach chciałam się potem zapaść pod ziemię. Fabuła robi z Dragon Ballem co chce – nie mówiąc o tym, że w zasadzie nie wiadomo, o co w niej chodzi – bohaterowie przeszli nowoczesny lifting, w związku z czym są kompletnie nie do rozpoznania, zapominając o polubieniu, zaś niezliczona ilość dziur, skrótów myślowych i pociętych scen nie mających ze sobą wiele wspólnego, a już na pewno logiki, sprawia jeszcze gorsze wrażenie niż (nie)pamiętny Ostatni Władca Wiatru. Tak, Dragonball: Evolution jest jeszcze gorszy. Do tego efekty – boże brońcie przemysł filmowy przed takimi efektami. Jeden, jedyny plus tego filmu to Emmy Rossum, która jako Bulma wygląda uroczo, a poza tym jest Emmy Rossum i tylko dlatego można mówić o plusie. Krótko mówiąc, Dragon Ball nie zasługiwał na takie potraktowanie, a film zasługuje tylko na zapomnienie. Czerwona kartka. (Aeth)

Final Fantasy XIII

Jeśli wciąć pod uwagę, że trzynastka została wydana, bo ktoś wcześniej rozpoczął serię, oraze że zrobiła przeskok z jednej generacji na drugą, to spokojnie może się w tym zestawieniu znaleźć – ale głównie znajduje się w nim dlatego, że po prostu muszę powiedzieć o niej same niedobre rzeczy. Jako wielka fanka ostatniej fantazji, naprawdę chciałam dać tej grze szanse, zsyłając daleko w niepamięć wszelkie negatywne komentarze, jakie przez zagraniem się o niej nasłuchałam. Że jest liniowa. Że prowadzi gracza za rękę. Że jest niedopracowana i ograniczona. Że ma system walki polegający na wciskaniu jednego przycisku. Że chwali się bohaterami tak płytkimi i pozbawionymi charakteru, że równie dobrze każdy mógłby nazywać się No Name. Chciałam zagrać, przekonać się, porównać. Po czym okazało się, że to wszystko to nie tylko prawda, ale ledwie cząstka ogromu spraw, które w Final Fantasy XIII dramatycznie poszły nie tak. Irytujący, traktujący gracza jak dzieci primer. Poszatkowana fabuła skacząca wte i wewte w sposób kompletnie uśmiercający zaciekawienie. Idiotyczne nazwy własne (fal’Cie, l’Cie, Cie’th – kto na to wpadł i jak zdrowe miał zmysły?) oraz koncept świata brzmiący kretyńsko nawet dla mnie. Wkurzający bohaterowie i podziurawiony scenariusz, który aż woła pomstę do nieba. A potem – po 30-stu godzinach znoszenia tego wszystkieg0 – okazało się jeszcze, że nagle można w końcu wykonywać questy poboczne. Po tej rewelacji stwierdziłam prosto: f**k this s**t. Do tej pory toczę pianę z ust na myśl o zszarganiu dobrego imienia mojej ukochanej serii. (Aeth)

Mortal Kombat: Conquest*

kinopoisk.ruSerial telewizyjny, bardzo bardzo baaaardzo luźno oparty na kultowej serii gier. Dziś uznawany za jedną z najdziewniejszych rzeczy, jakie przydarzyły się marce Mortal Kombat. Co było w nim złe? Praktycznie wszystko. Gra aktorska – drewno byłoby bardziej żywe. Efekty specjalne – żenujące, lepsze można znaleźć w polskich telenowelach (za wielkie legowisko straszliwych potworów służyła tutaj mała konstrukcja z siana. Serio). Scenografia – jedno miasteczko, jeden las, jedna mroczna komnata głównego złego, wsio. Kostiumy – „inspirowane grą”, ale dowolny znawca serii złapałby się na ich widok za głowę. Postacie – część z nich została stworzona na potrzeby serialu i nie miała praktycznie nic wspólnego z późniejszymi wydarzeniami. Fabuła – przy niej dowolna seria Power Rangers to majstersztyk akcji i dramaturgii. Rzecz tak kiepska, że nawet scenarzyści zdawali sobie z tego sprawę. Wiedząc, że nie wyjdą poza pierwszy sezon, w ostatnim odcinku uśmiercili wszystkich bohaterów i pozwolili głównemu złemu zająć Ziemię. Tę samą, o którą w przyszłości toczyć się będą turnieje, stawiając pod znakiem zapytania sens istnienia obu filmów kinowych. Polecam obejrzeć, jeśli akurat pilnie musicie zmarnować czas.

* Tytuł zapisuję przez C, ale niektóre źródła internetowe sugeruję użycie K. Jakby to miało jakieś znaczenie. (Salantor)

Ostatni Władca Wiatru

Ostatni Władca Wiatru Shyamalana jest produkcją, która rozjeżdża oryginał z gracją buldożera. Odkładając na bok dyskusyjne kwestie whitewashingu (dlaczego białe dzieci grały dzieci oryginalnie śniade, a hindusi dzieci azjatyckie? Argh! Idzie się pogubić!) i reżysera, którego uważam za Jolę Rutowicz kina, to po prostu bardzo słaba produkcja, która dobitnie pokazała, że hollywoodzcy producenci nie mają zielonego pojęcia, co ekranizują. I nie mam tutaj na myśli zmian w opowiedzianej historii, bo w końcu mamy do czynienia z adaptacją (choć na zupełnym marginesie to zmiany w filmowym Avatarze były naprawdę durne), a raczej odejście od całego klimatu produkcji. Widzicie, seria telewizyjna była słodko-gorzką opowieścią o dzieciaku, który bierze na swoje barki ocalenie świata. Było więc czasem śmiesznie, czasem smutno, bardzo często refleksyjnie i mistycznie. Film natomiast całą symbolikę i podwójne dno Avatara sprowadził do radosnej wyprawy dzielnych dzieciaków, ot wycieczki z dala od rodziców. Było fajnie, milutko, a świat uratowano przy okazji. Zawsze daję twórcom adaptacji artystyczną wolność, kredyt zaufania. Nie obrażam się na przycięte wątki, na dodatkowe motywy, na zmiany w dobrze znanej chronologii. Wierzę, że to utworowi wyjdzie jedynie na dobre. Ale zmiana całego wydźwięku produkcji to dla mnie grzech śmiertelny. (Pusiek)

A zatem to 12 propozycji od nas – ale założę się, że zaraz posypią się kolejne. Dawajcie w komentarzach :)

  • A co z serialem Wiedźmin?

    • Nie ma go na naszej liście, ale może być w komentarzach :)

    • Jaxa

      Film Wiedźmin jest żałosny, w porównaniu z ogolnoświatowym kinem fantasy.
      Serial niestety nadal plasuje sie powyżej średniej w swoim gatunku :P. W końcu i tu zasadniczo jest festiwal crapu – Legend of Wilhelm Tell, The New Adventures of Robin Hood, Miecz prawdy są o cale lata świetlne gorsze

      • Megapodius

        Jeszcze kiedyś powstał Wiedźmin na telefony komórkowe. Lepiej o nim nic nie mówić.

  • Jaxa

    Slabe to zestawienie, biedne i czepiające sie rzeczy przeciętnych podczas gdy jest morze crapu… jest spoooro groszych produkcji na licencji – Alone in the Dark, Silent Hill,Blood Rayne, Postal (Uwe Boll FTW) czy MArio Bros o części książek z SW, ST, Assassin’s Creed czy Buffy nie wspominajac (na tle niektórych Wrota Baldura to wręcz artcydzieło). Podejrzewam Aeth ze za wiele DiDowych książek nie czytałaś :P

    JEżeli chodzi o Kindredów, to well, nie wiem jak dobrze znasz Aeth uniwersum Vampira ale AFAIR serial opierano na 1 edycji a nie na popularnej w polscie 2 i 2.5 Nawiązania są do 1 edycji – dużo od dwójczeki biedniejszej.

    Jeżeli chodzi o sztuczną pompe o sztuczną pompe aktorska – to przecież Wodowa pijawa pełną gebą – Wampiry w WoDzie są emo i pompatyczne (o ile akurat nie rzucają samochodami)

    Zgodzę sie jeżeli chodzi o Dragonballa, ale amerykański i tak jest świteny w porównaniu z adaptacja filipińska (chyba filipińską) której fragment miałem kiedyś pecha zobaczyć.

    Jeżeli chodzi o kijaowe produkcje na licencji – polecam takie arcydzieła jak Capitan America (1979), filipiński „Batman vs Dracula”, czy cala twórczość ukochanego przez graczy Uwe Bolla

    A Ultrasmerfny film jest calkiem spoko

    • Zgadzam się, lista wygląda na zrobioną na zasadzie „W co państwo blogerzy ostatnio grali/oglądali/czytali i im się nie spodobało”.

      Z drugiej strony, jakby nie patrzeć, to każda podobna lista w Internecie jest rezultatem tego typu modus operandi.

  • Z tą beznadziejnoscią Człowieka ze stali to bym polemizowała. Było zachowawczo, nieekscytująco, ale patosik pierwsza klasa, dokładnie taki jaki lubię.

    • W przeciwieństwie do Superman Returns z przed kilku lat, Człowiek ze stali był moim zdaniem bardzo dobrą ekranizacją. Wreszcie było widać potęgę Supermana, a sceny walki były najlepszymi jakie widziałem – przypominały epickie walki z Dragonball.

  • Paweł Kamiński

    Do pełni szczęścia brakuje serii filmów „Resident Evil”… I w sumie całej masy innych filmów na podstawie gier też.

    • O tak, zdecydowanie, filmy RE to dno i trzy metry mułu. Nie dopaliłam im tu tylko dlatego, że za późno sobie o nich przypomniałam :)

      • Marcin Segit

        Pierwszy film RE jest bardzo fajny. :)

    • Jeju a ja tą serię kocham i kochać będę zawsze o_O

  • Megapodius

    A Superman at Earth’s End? Superman jako Rambo walczący z klonami Hitlera w jednej znadziwniejszych postapokalips świata był chyba najdziwniejszą produkcją DC Comics do czasu Batman Odyssey.

  • T.

    Apropos Wrót Baldura powiem tyle: swego czasu zaczytywałam się w książki D&D (zbierałam całą Legendę Drizzta, czytałam Wojnę Pajęczej Królowej itd), ale gdy sięgnęłam po tę książkę, a gry uwielbiam, to miałam ochoty sobie oczy wydłubać. Pomijając zupełne spłaszczenie fabuły, książka jest napisana tak tragicznie, że nawet tamte powieści, nie są złe.
    Poza tym Kindreda też nie byłam w stanie zdzierżyć. Obejrzałam dwa odcinki i to, co tam zobaczyłam, zupełnie mnie zniechęciło – a byłam w tej samej sytuacji, bo akurat grałam w Wampira i byłam ciekawa serialu. Ale płytkie postacie, bardzo słaba gra aktorska i denna fabuła oraz stawianie wątków romantycznych na pierwszej pozycji spowodowały, że chciałam o tym serialu zapomnieć.
    O MP3 się średnio mogę wypowiedzieć, bo grałam tylko w tę część, ale stwierdzam, że nie była zła (dobra jednak też nie była)- fajnie przedstawiony był kontrast między słoneczną Brazylią a ciemnym, zaduszonym mieszkaniem głónego bohatera, a akcje w sloł mołszyn były przezabawne. Jednak fabuła sprowadzająca się do ratowania tyłków tych kretynek i weltschmerzu Payne’a jakoś jednak mnie bardzo nie kupiła.
    Ale IMO są gorsze produkty na licencji – jak wspomniany wceśniej w komentarzach Wiedźmin, nad którym do dziś płaczę – bo jak można spieprzyć serial o Wiedźminie, gdzie i muzyka była dobra, aktorzy nieźli i choreografia walk całkiem niezła (oparta zresztą na aikido)? A jak widzę smoka VIllentrethenmertha, czy raczej tragicznie zrobioną dużą jaszczurkę, to aż mnie mierzi.
    Szczerze też nienaiwdzę miniserialu „Ziemiomorze” – powieść mojego dzieciństwa, pełna magii i w ogóle och, ach, a ja przez ekranizację nie mogłam przebrnąć do końca – sama autorka skrytykowała ten „twór” (!).

    Z gier np. wybrałabym Heroes of Might and Magic IV – gra była złą kopią poprzedniczki z tylko dwoma dobrymi rozwiązaniami. I jednak producent, 3DO, gorzko za to zapłacił, bo aż musiał odsprzedać prawa do gry Ubisoftowi. :c

    • Ylthin

      HoMM IV? Bijcie dalej całkiem niezłą grę, której błędy i ogólne niedopracowanie wynikały z przedwczesnego wydania. 3DO (właściciel marki) spłukało się rozdrabnianiem marki (Ho)MM i potrzebowało kasy – więc wypchnęło w niedokończonej formie HoMM IV i MMIX.
      Twórcy serii doskonale wiedzieli, co poszło nie tak. Zaczęli nawet prace nad HoMM 5. Ale 3DO upadło, a Ubi wywalił ich projekt na śmietnik historii.

  • Mógłbym napisać wiele – napiszę tylko: chyba mamy tu HERETYCZKĘ! Aeth, nie – spodziewaj się wizyty Inkwizycji ; <

    • A co napisałam „źle”? :)

      • Ultramarines nie bardzo pasuje mi do tego zestawienia. Wiesz, nie chodzi o to, że to film dobry (powiedziałbym raczej, że jest dokładnie taki, jak oczekiwałem). Chodzi mi raczej o fakt, że wyraźnie odstaje od reszty wymienionych przez Ciebie filmów, chociażby pod względem budżetu. Tekkena nakręcono za jakieś 30 milionów dolarów, a odpowiadali za niego głównie profesjonaliści – o kosztach kręcenia Dragonball czy Avatara nie wspomnę. Ultramarines, by być wobec tej produkcji sprawiedliwym, należy traktować tak, jak traktuje Kingowskie dollar babies. To w zasadzie amatorska produkcja, nakręcona za kilka milionów funtów. Wydaje mi się, że aby móc być sprawiedliwym, inaczej należy oceniać produkty profesjonalne, a inaczej „fanowskie”.

        • Nie braliśmy pod uwagę budżetów, braliśmy pod uwagę stopień rozczarowania daną produkcją w stosunku do materiału oryginalnego. Nawet z niskiego budżetu można zrobić świetną rzecz, tak jak z wysokiego projekt spartaczyć. Nie ma reguły – jest za to satysfakcja lub jej brak :)

  • Paweł Zarzycki

    Jak na 12 _najgorszych_ rzeczy zrobionych na licencji to strasznie mało widzieliście. :D Wyliczanka na szybko:
    – Wspomniane produkcje Uwe Bolla, które są tak złe, że aż piękne ;) ;
    – Popłuczyny po Starship Troopers wliczając to grę komputerową;
    – Spory procent powieści Star Wars (przewinęło się tam całe stado grafomanów);
    – Aliens vs Predator 2 (film);
    – Z gniotów komiksowych Catwoman;
    – ekranizacje gier (pomijając Bolla): Double Dragon, Street Fighter i dużo mniej znana The Legend of Chun Li, Super Mario Bros, Dungeons&Dragons i kontynuacje (całe dwie), Wing Commander…

    • Jakbyśmy mieli wypisać wszystko, co złe, to ten tekst do dzisiaj by nie powstał :P

      Serio, nie da się ogarnąć morza powstałych beznadziejności – nikt np. nie wspomiał jeszcze o 4-tym „Indianie Jonesie” :P – ale po to właśnie zachęcam do komentarzy. Wyżyjmy się na czym chcemy ^^

      • Paweł Zarzycki

        Indy 4? Nie był do końca zły, choć fakt, nie trzymał poziomu pozostałych i jechał jakieś piętro niżej. A jak rzucany jest tytuł „12 najgorszych produkcji…” to wypadałoby zastanowić się chwilę i wypisać te rzeczywiście złe, a nie pierwsze z brzegu tytuły jakie się nawinęły. Ten tekst takie wrażenie sprawia. Człowiek ze stali? Najgorszy? Nudnawy i przekombinowany, zgoda, ale do gniotów to mu daleko. Serio, obejrzyj sobie np Doom lub Blood Rayne – zobaczysz co to znaczy zły film. I nawet nie będziesz musiała się wyżywać. :D

  • Puśka tak poniósł hejt na trzeciego Maksia, że zrobiła taki brzydki błędzik językowy, oj brzydki :P