Nowy sezon serialowy jest już w pełnym rozkwicie, jak co roku oferując szeroki wybór bardzo różnorodnej fantastyki – z której oglądam praktycznie wszystko. Dziś jednak do czegoś się Wam przyznam: nie oglądam wyłącznie seriali fantastycznych! Niniejszym zapraszam na przegląd moich 10-ciu ulubionych tytułów, wychodzących niekiedy daleko poza granice gatunku.

Od dawna mierzyłam się z zamiarem napisania tego tekstu – w sumie głównie dlatego, by daść upust swojej wyobraźni i spróbować polecić seriale, którym zdarza się wybiegać daleko poza granice moich zainteresowań jako miłośniczki science fiction i fantasy. W końu nie samą fantastyką człowiek żyje, czasem ma się tę potrzebę wrócenia na ziemię, żeby pobyć w bardziej znajomym otoczeniu. Nie za często, ale czasami, i nie zawsze znajomym, a przynajmniej bardziej namacalnym. Nie oglądam wielu seriali dziejących się współcześnie, a taki, by mnie przyciągnąć, zasadniczo musi posiadać w sobie coś specjalnego. To specjalne coś chciałabym więc dzisiaj wydobyć opowiadając Wam o 1o-ciu serialach, które wciągnęły mnie z niezwykłą pasją. Skupię się na tytułach jednak już ustabilizowanych, z przynajmniej jednym lub dwoma sezonami za sobą, bo głównie te mogę polecać z całą pewnością. Przygotujcie się, bo mieszanka będzie wybuchowa!

Longmire, współczesny western pseudo-romantyczny

Opowieść o podstarzałym szeryfie strzegącym prawa w małym hrabstwie Absaroka w stanie Wyoming na pierwszy rzut oka może nie brzmieć szczególnie interesująco, ale mnie lampka ostrzegawcza zapaliła się natychmiast po usłyszeniu, że kryminalne problemy swoich podopiecznych główny bohater rozwiązuje przy bardzo małym wsparciu współczesnej technologii. Walt Longmire nie posiada komórki, nie korzysta z komputera, nie ma też dostępu do nowoczesnych laboratoriów – dysponuje za to niesamowitym instynktem i niezwykle czułym zmysłem obserwacji, którymi metodycznie zarządza w poszukiwaniu sprawiedliwości. Nie mylcie go jednak z żadnym Mentalistą ani innym cudownym detektywem – Longmire to żaden typowy procedural, przede wszystkim dlatego, że każdy sezon ma po 10 odcinków, a jego integralną częścią są nie tylko życiowe problemy bohaterów, ale również krajobraz społeczny skupiający się na delikatnej równowadze pomiędzy rdzennymi Amerykanami a dominującą populacją białego człowieka. Dramat społeczno-kryminalny to chyba najlepsze określenie, tym bardziej, że jeśli chodzi o przestępstwa, najczęściej spotykamy tu takie natury przypadkowej lub osobistej, jak gdyby agresja wielkich miast nie dosięgała jeszcze prowincjonalnego amerykańskiego frontieru. Na tej samej zasadzie w serialu nie uczestniczymy w dynamicznych pościgach czy ekscytujących strzelaninach, zamiast tego odbywamy rozmowy i obserwujemy otoczenie (a jest co w tym otoczeniu obserwować, bo równinny krajobraz Wyoming jest absolutnie zapierający dech w piersiach). Warto też, a w zasadzie trzeba, wspomnieć, że szeryf jest człowiekiem praworządnym, ale bynajmniej nie szlachetnym, który wcale nie walczy z technologicznym postępem, a zwyczajnie go nie potrzebuje. Nie wiem, jak Was, ale mnie ten fakt zachwycił natychmiast, a potem było tylko lepiej. Niektórych zachęcić może również obecność Starbuck, bo zastępcę szeryfa, Vic (od Victorii) odgrywa nikt inny jak Katee Sackhoff. Longmire wymaga odrobiny przyzwyczajenia, bo prawdziwa mięsko fabularne zaczyna się tak naprawdę od sezonu drugiego, ale jeśli dacie się złapać, już nie odpuścicie – tak samo jak nie odpuścili fani, którzy po skasowaniu serialu przez stację macierzystą tak bardzo wierzyli w swój serial, że został on wykupiony przez Netflixa. Wyprodukowany już przez platformę czwarty sezon jest absolutnie fenomenalny.

Shameless, te kochane dysfunkcje

Uszami wyobraźni słyszę już w głowie mysie piski radości, oto polecam bowiem serial, który w blogosferze był już nie raz wychwalany (jak np. tutaj), a do dziś nie wiadomo, czy go ktoś ogląda, i jeśli tak – to ilu nas jest. Shameless to bowiem dość osobliwy orzech do zgryzienia – ni to dramat, ni to komedia (utrzymuje się, że należy do hybrydy gatunkowej dramedy), a zasadniczo opowieść o codziennych zmaganiach wielodzietnej rodziny Gallagherów zamieszkujących biedniejsze przedmieścia Chicago. Jej głową jest Frank (genialny William H. Macy), uzależniony od alkoholu i używek krętacz i nieudacznik, który bardziej od rodziny kocha seks i wymyślanie nowych sposób na pozyskiwanie gotówki. Obowiązkami domowymi, łącznie z wychowywaniem młodszego rodzeństwa, zajmuje się więc jego najstarsza córka Fiona (cudowna Emmy Rossum), na co dzień borykająca się z brakiem pieniędzy, kłopotami dzieciaków, utrzymaniem pracy i generalnym staraniem się, by życie nie legło w gruzach. Mamy jeszcze kłopotliwych braci w każdym wieku, młodszą siostrę wchodzącą w wiek nastoletni, parę zakochanych po uszy sąsiadów czy miejscową rodzinę gangsterkską, wszystko przyprawione liberalnym podejściem do prawa, próbami odnalezienia miłości i coraz bardziej szalonymi pomysłami na przetrwanie. Gallagherowie nie mają w życiu wiele – ale mają siebie nawzajem. Pod przykrywką dysfunkcji, patalogii i brzydoty życia na skrawkach społeczeństwa poznajemy losy niezwykle zżytej, wspierającej i kochającej się rodziny, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Kradzieże, oszustwa czy używki, wszystko jest na tak samym porządku dziennym jak wyprawianie dzieciaków do szkoły. Wierzcie mi, kiedy to mówię, ale Shameless jest produkcją nad wyraz ciepłą i pozytywną, wręcz budzącą nawet głęboko chowane poczucie przynależności (na więcej sposobów niż jeden). Co więcej, serial jest amerykańską adaptacją brytyjskiego oryginału, stworzoną, dodatkowo, przez tego samego człowieka. Jeśli kiedykolwiek widzieliście wersję brytyjską, możecie spać spokojnie – odpowiednik zza oceanu jest równie dobry. To serial szalony, szokujący i dynamiczny, w jednej chwili zabawny, w drugiej przygnębiający, ukazujący zarówno ludzkie upadki, jak sukcesy, a przede wszystkim bezpretensjonalnie przestawiający system wartości. Polecam każdemu, kto nie ma ochoty obchodzić fabuły i dramatów na palcach.

Homeland, czyli co kryje prawda i nie tylko

Jak wiecie, lubię sobie czasem obejrzeć dobry thriller szpiegowski – zresztą kto nie lubi – wśród seriali zaś bezdyskusyjny prym wiedzie w tym względzie Homeland, historia cierpiącej na chorobę dwubiegunową agentki CIA, która podejrzewa zdradę amerykańskiego żołnierza przez siedem lat utrzymywanego w islamskiej niewoli. Może się mylę (bo dużo oglądam i wszystko może mi się mieszać), ale przed Homeland w telewizji nie było jeszcze serialu tak mocno zgłębiającego kwestie terroryzmu, bezpieczeństwa narodowego i geopolitycznej mapy świata – a nawet, jeśli serial nie skupia się na tych tematach w sposób ścisły, przynajmniej nie owija komentarza w bawełnę. Przede wszystkim jednak fabuła koncentruje się na postaci Carrie Mathison, odgrywanej przez fantastyczną Claire Danes, oraz jej gorączkowych, wręcz desperackich próbach udowodnienia swoich racji. Poznajemy jej niezwykły talent do brnięcia przed siebie bez względu na wszystko, walkę z przejmującą nad nią kontrolę – lub być może nie – chorobą, skomplikowane relacje z przełożonym i mentorem, a nade wszystko niebezpieczną grę w kotka i myszkę, którą prowadzi w imię bezpieczeństwa swojej ojczyzny. Serial zabiera nas w najbrzydsze zakamarki umysłu zarówno Carrie, jak i pozostałych bohaterów, śmiało można więc nadać mu tytuł thrillera i/lub dramatu psychologicznego. Rzecz jasna, będąc opowieścią o CIA, Homeland pokazuje nam działanie agencji od kuchni, łącznie z ryzykownym szpiegowaniem pod nosem wroga, pozyskiwaniem informatorów czy ukradkowym przekazywaniem sobie informacji. Nie stroni od moralnie niejednoznacznych sytuacji i prowadzenia bohaterów po cienkiej granicy akceptacji. Tym, co lubię w nim najbardziej jest jego nieprzewidywalność – zarówno fabuły, jak i Carrie – oraz, jak na każdy dobry thriller przystało, wielkie napięcie. Są tu momenty, w których szczęka raz zaciska się z nie-wytrzymania, by zaraz z niedowierzania opaść z trzaskiem aż do ziemi. Oczywiście, jak każdy współczesny serial dramatyczny Homeland posiada również słabszej jakości wstawki obyczajowe, ale zasadniczo są warte przebrnięcia. Obecnie wystartował piąty sezon – a droga, jaką po wzlotach i upadkach Homeland przeszedł przez te kilka lat jest warta odnotowania jako prawdziwe odrodzenie.

Zawód: Amerykanin, szpiedzy wśród nas

A skoro mowa o szpiegach, koniecznie muszę wspomnieć o moim tegorocznym odkryciu (choć serial jest na antenie już ponad dwa lata), czyli The Americans, opowiadający o dwójce tajnych agentów KGB udających zwyczajne amerykańskie małżeństwo mieszkające na przedmieściach Waszyngtonu. Akcja dzieje się we wczesnych latach 80-tych podczas zimnej wojny i jeśli kogoś, tak jak mnie, odstrasza aspekt historyczny czy specyfika tamtych czasów (osobiście nie jestem fanką), to wiedzcie, że prawdopodobnie, tak jak mnie, szybko Wam przejdzie. Podobnie jak w Homeland, tu też poznajemy tajniki pracy wywiadu, ale tym razem skupiamy się na sabotażu, czy też, patrząc z perspektywy głównych bohaterów, działania na rzecz sprawy w powstrzymaniu ekspansji Stanów Zjednoczonych. Również jak w Homeland, mamy w The Americans skomplikowaną sytuację obyczajową i mnóstwo konfliktów wewnętrznych, bo oto bohaterowie pracują na rzecz sowieckiego reżimu, ale na terenie państwa, które zapewniło im możliwości, o jakich w ojczyźnie mogliby tylko pomarzyć. Przede wszystkim mamy jednak sytuację małżeńską pomiędzy dwójką ludzi, który teoretycznie mają miłość udawać, ale w praktyce nie jest to takie jednoznaczne. Co więcej, Elizabeth i Philip posiadają dwójkę jak najbardziej ich własnych dzieci (nieświadomych prawdziwego zawodu swoich rodziców), cały czas muszą się więc zmagać z pytaniami o ich dobro i wychowanie. Jakby tego było mało, po piętach depcze im oddział FBI do spraw kontrwywiadu, na czele z agentem prywatnie zamieszkującym dom naprzeciwko. Jeśli to wydaje się Wam niedorzeczne, w natłoku napięcia, emocji i życiowych dramatów szybko o tym zapomnicie. Ten serial sprawia, że termin „siedzenie jak na szpilkach” nabiera niemal dosłownego znaczenia, a śledzenie decyzji i rozwoju bohaterów staje się obsesją w wykrywaniu najmniejszych zmian w wyrazie twarzy. Jeśli nie daliście The Americans szansy, to spróbujcie, bo jest to tytuł wart każdej swojej mętnej i emocjonalnie wyżynającej minuty.

Nashville, country opera

Zmieniamy klimat, ale zasadniczo trzymamy się tego emocjonalnego wyżynania, bo jaki gatunek potrafi robić to lepiej niż opera mydlana? Przedstawiam Nashville, serial, który poza mną ogląda chyba tylko jedna znana mi osoba. A szkoda, bo to bardzo interesująca produkcja, łącząca w sobie elementy soap opery i dramatu o profesjonalnym i personalnym życiu gwiazd muzyki country. Zanim zapytacie: tak, w serialu country śpiewa się i słyszy na okrągło, ale zanim pomyślicie, że będzie Wam to przeszkadzać, dajcie szansę i przekonajcie się sami. Ja mogę powiedzieć tyle, że już w pierwszym odcinku pokochałam muzyczną wartswę Nashville całym sercem, kilku wydanych soundtracków z serialu słucham praktycznie na co dzień, a na dodatek czekam na debiutancką płytę jednej z aktorek, która swoim głosem wybiła się niesamowicie. Zresztą piosenki do serialu piszą znani i uznani twórcy gatunku, więc wierzcie mi: jest czego słuchać. Sama, a przynajmniej początkowa fabuła skupia się na rywalizacji dwóch diw: obecnej na rynku od dekad, ale sukcesywnie trącej na popularności Rayny James (Connie Britton) oraz młodziutkiej, wschodzącej gwiazdy Juliette Barnes (Hayden Panattiere). Jeśli już mówią Wam coś te nazwiska, jesteśmy na świetnej drodze. Poprzez życiowe i profesjonalne przygody obu pań poznajemu kulisy działania przemysłu muzycznego, śledzimy ich występy koncertowe, obserwujemy procesy twórce (wszystko rzeczy, którymi od zawsze byłam zaciekawiona), ale nade wszystko uczestniczymy w ich życiowych wzlotach i upadkach. Mamy tu kwestie rodzinne, gorące romanse, pary, który wiemy, że się zejdą, ale tak bardzo nie możemy doczekać się, kiedy, a także coś, czego w serialach nigdy za mało, czyli wspaniałe kobiece przyjaźnie – że nie wspomnę o skomplikowanych i fantastycznie pisanych kobiecych postaciach. Za te wszystkie dramaty i przeciwności, przez które te bohaterki (i bohaterowie) przeszli należą im się same gratulacje. Trzeba jednak mieć na uwadze, że Nashville to serial stworzony do emocjonalnego uzależnienia, momentami wręcz frustrujący w swom szafowaniu najbardzej klasycznymi motywami z oper mydlanych, ale w gruncie rzeczy nacechowany ciepłem i pozytywną energią. Muzyka łagodzi obyczaje – nic jest w tym serialu tak ewidentne, jak to.

Przebiegłe Pokojówki z Beverly Hills

Jeśli oglądaliście kiedykolwiek Gotowe na wszystko, z Devious Maids, czyli Pokojówkami z Beverly Hills, powinniście złapać natychmiastowy kontakt. To serial stworzony przez Marca Cherry’ego i produkowany m.in. przez Evę Longorię, klimatycznie jest zatem bardzo zbliżony do czarnej komedii z ich poprzedniego projektu. Tym razem zamiast pań domowych na przedmieściach mamy latynoskie pokojówki pracujące w domach bogaczy Beverly Hills, jednak wcale nie mniej sekretów, przeszpiegów i rozwiązywania tajemnic morderstwa. Historię zaczynamy od postaci Marisol, która zatrudnia się w rezydencji państwa Powellów, by udowodnić niewinność swojego syna, niesłusznie oskarżonego o zabójstwo tamtejszej pokojówki. Szybko zaprzyjaźnia się z pracującymi po sąsiedzku pracownicami, a my szybko poznajemy kulisy ich codzienności. Jedna z nich pragnie rozpocząć karierę muzyczną, więc pracuje tylko, aby zarobić. Jedna czuje autentycznie spełnienie swoją pracą, ale nie daje się z tego powodu poniżać. Jedna wraz z córką od lat pracują dla podstarzałej piękności i na co dzień przeżywają perypetie związane z jej szalonymi pomysłami. Wątków jest wiele (dramatycznych, jak i komediowych), w każdym sezonie pojawia się również nowa tajemnica, jednak największą zaletą pozostają tu bohaterki – każda wyjątkowa i zabawna na swój własny sposób – oraz ich wspaniałe, żelazne przyjaźnie. Devious Maids to więc serial radosny i pozytywny, utrzymany w odrobinę lżejszym klimacie niż Desperate Housewives (a przynajmniej jego dalsze sezony), stanowiący idealną odtrutkę na kiepskie nastroje i deszcz za oknem. Za sobą ma już trzy sezony i zapowiedziany czwarty, więc jeśli macie ochotę śmiać się z dialogów do rozpuku, z pasją śledzić nieprzewidywalne zwroty akcji i obserwować niecodzienne perypetie zwariowanych postaci, nie sięgajcie dalej niż do Beverly Hills. Zaczęłam oglądać dopiero w tym roku i w sumie wyszło mi to na dobre, bo sezony mają tu tylko po 13 odcinków (Devious Maids to serial wakacyjny) i byłoby mi smutno szybko się z nimi żegnać.

Chicago Fire/Chicago PD, ci wspaniali oficerowie w mundurach

I znów seriale – tym razem dwa – które odkryłam w tym roku, ale tak późno tylko dlatego, że wcześniej nie miałam dla nich czasu. Bardzo cieszę się, że w końcu go znalazłam, bo choć nie są to produkcje najwyższych lotów, łatwo dostrzec w czym tkwi siła ich popularności. Chicago Fire i Chicaco PD to dwa wierzchołki tego samego trójkąta, rozgrywające się w tym samym mieście i zasadniczo w tym samym czasie. Na dobrą sprawę można oglądać je osobno, ale nie polecam, bo choć każdy z nich ma swoje własne linie fabularne, ich bohaterowie, lokacje i fakty potrafią być ze sobą nierozerwalnie związane. Lepiej wychodzą wspólnie niż osobno. Co więcej, w tym serialowym sezonie dołączy do nich trzeci spin-off, Chicago Med, i wtedy zacznie się już na dobre. Ale o co chodzi. Chicago Fire, serial pierworodny, opowiada o strażakach i ratownikach medycznych chicagowskiego posterunku 51. Śledzimy ich w pracy, w bazie i w życiu prywatnym, a co za tym idzie dostajemy dużo okazji do przeżywania najróżnorodniejszej gamy wątków, wśród nich romansów i dramatów codziennego życia na krawędzi. Tego ostatniego jest w serialu na pęczki, bo w każdym odcinku oglądamy ok. 3-4 akcji ratowniczych, a zwykle są one całkiem emocjonujące, a do tego porządnie zrealizowane. Zresztą obserwacja pracy strażaków od kuchni była chyba pierwszą rzeczą, która przyciągnęła mnie do tej produkcji. Nie ma się jednak co oszukiwać: postawą Chicago Fire są bohaterowie i zmagania z ich ambicjami, problemami i motywacjami. Część z nich jest nawet całkiem zabawna i humorystyczna. Z perspektywy osoby, która niejeden serial i niejeden życiowy dramat na ekranie już zjadła muszę mimo wszystko napisać, że ilość i wydźwięk niektórych wątków kuleje czasami spektakularnie, do tego stopnia, że ciężko brać je na poważnie. Faktem za to pozostaje, że jak na historię o zgranej, rodzinnej drużynie wspierającej się na dobre i na złe, Chicago Fire spełnia swoje zadanie w stu procentach. Zresztą wiecie, jak to jest – czasami serial lubi się niekoniecznie za coś, ale pomimo czegoś. A ten zwyczajnie lubię, no strings attached.

Lubię tym bardziej, że otworzył mi drogę do Chicago PD, pierwszego spin-offu, który jest w moim odczuciu produkcją znacznie bardziej dojrzałą i ciekawą. Pozwólcie jednak, że najpierw uspokoję obawy, jakobyście mieli spodziewać się kolejnego typowego procedurala – bo wcale nie. Sama nie przepadam za typowymi proceduralami, co moje serialowe życie czyni tym trudniejszym, że historie o policjantach od zawsze lubiłam. Przez kilka lat nałogowo oglądałam kanadyjskie Rookie Blue – gdzie skupienie fabularne przesuwa się na bohaterów w obrębie prowadzonych przez nich spraw – dziś zagłębiam się w historie wzięte z życia specjalnego oddziału chicagowskiej policji, prowadzonego przez byłego (?) skorumpowanego glinę. Fakt ten jest tu dość istotny (nie przejmujemy się realistycznością, prawdopodobieństwem i innymi takimi rzeczami), bo czyni charakter pracy bohaterów bardziej szorstkim i bezpardonowym, co dla mnie jest ujęciem zdecydowanie świeżym i interesującym. Podobnie jak w Chicago Fire, zawodowe sprawy dnia są tylko pretekstem do ukazania nam emocji, ewolucji i relacji pomiędzy postaciami, więc jeśli tylko lubicie twarde męskie przyjaźnie, postacie kobiece radzące sobie z problemami na własnych warunkach oraz dramaty nie obciążane przesadnym ładunkiem emocjonalnym, powinniście poczuć się tu jak w domu. W przeciwieństwie do Chicago Fire, Chicago PD utrzymuje znacznie bardziej przyziemny ton, serwując nam mniej wymyślnych przeciwności, ale wcale nie mniej ekscytujących treści.

Wikingowie: wojna, historia, religia

I znów zmieniamy klimat, tym razem na taki, który fanom fantastyki jest chyba najbliższy, bo jeśli już nie oglądają Wikingów stacji History Channel, to zamiar obejrzenia prawdopodobnie kręci im się gdzieś z tyłu głowy. Dokładnie tak było ze mną i tyle mogę Wam powiedzieć, że dziękuję za serialowy okres wakacyjny. Tak naprawdę za Wikingów zabrałam się po raz drugi: niedługo po premierze serialu obejrzałam pilota i choć było to całkiem niezłe doświadczenie, coś nie do końca mi w nim „siadło”. Dopiero później, po naczytaniu się tylu pochwał i pozytywów zyskałam praktycznie pewność, że już się nie zawiodę. Tak też się stało. Fabuła śledzi losy podbojów dokonywanych przez legendarnego nordyckiego wodza Ragnara Lothbroka (świetny Travis Fimmel), który, sfrustrowany krótkowzrocznością swojego jarla, postanawia na własną rękę odkryć niezbadane tereny północnej Brytanii. Pierwszy udany podbój budzi w nim jednak pragnienia ekspansji, skarbów i odkryć, wkracza więc na drogę wojen, konfliktów i stąpania po cienkiej linii zaufania – do wrogów, jak i do przyjaciół. Serial jest przede wszystkim bardzo ciekawym spojrzeniem na człowieka głodnego sukcesu, który prze do przodu niekoniecznie po trupach, ale z całą pewnością nie bez ofiar. Nieprzewidywalny charakter Ragnara, u którego dobroć serca miesza się z bezwględnością zdobywcy jest fascynujący w swojej naturze, wielokrotnie łapiąc mnie na zwykłą przynętę z rodzaju „ale jak to się może skończyć”. Co więcej, Wikingowie jako serial historyczny toną, i bardzo dobrze, w obrazie obyczajowości dawnych Skandynawów, ukazując nam ich zwyczaje, wierzenia i rządzące ich społecznościami prawa. Jeszcze więcej, ukazują także konflikt, czy może lepiej powiedzieć: różnice w kwestiach religijnych, ani nie potępiając obcego bohaterom Chrześcijaństwa, ani nie gloryfikując ich tradycyjnych wierzeń nordyckich. Rzecz jasna nie wszystko jest w serialu zgodne z prawdą historyczną (z pewnością są gdzieś w necie strony wyliczające nieścisłości i przekłamania), ale jeśli można nauczyć się z niego choć odrobinę, był to lud nad wyraz fascynujący. Warto zwrócić też uwagę na postacie kobiece, w tym niezwykle – i zasłużenie – popularną Lagerthę, której wszechstronności dorównać nie może jeszcze żadna inna postać tego serialu. Mówiąc krótko, Wikingami się oczarowałam. A potem na własne oczy widziałam jego twórcę, Michaela Hirsta, oraz kompozytora, Trevora Morrisa, więc nigdy nie mam dla tego serialu zbyt wiele miłości.

Black Sails, złota era piratów w telewizji

Na koniec jeszcze jeden serial historyczny, czy może lepiej „historycznie inspirowany”, bo łączący w sobie wydarzenia faktyczne z fikcją zapożyczoną z Wyspy skarbów Roberta Louisa Stevensona, czyli serial, który funkcjonuje jako tejże Wyspy prequel: Black Sails, tudzież w wersji polskiej – Piraci. I tak wśród bohaterów spotykamy młodsze wersje kapitana Flinta (Toby Stephens w wersji nieokrzesanej), Billy’ego Bonesa czy Długiego Johna Silvera (z oczywistymi ukłonami w kierunku ich książkowych tożsamości), tuż obok historycznych piratów pokroju Charlesa Vane’a, (Calico) Jacka Rackhama oraz Anne Bonny, historia zabiera nas zaś w burzliwe czasy piractwa kwitnącego wokół wyspy New Providence. Pierwszy sezon serialu dotyczy poszukiwań złota przewożonego przez hiszpański galeon Urca de Lima, na którym łapy położyć chce niejeden z pierwszoplanowych bohaterów. Rozpoczyna się gra w kotka i myszkę usiana cienkimi sojuszami, testowaniem lojalności i podejmowaniem zaskakujacych decyzji, nie wykluczająca, naturalnie, krwawych konfliktów i ukazywania mrocznej strony ludzkiej duszy. Z drugiej strony dostajemy w protagonistach postacie kierujące się żelaznym kodeksem, powszechnie rozumianym honorem oraz chęcią obrony swojego wolnego od jarzma praw i obyczajów życia z dala od angielskiego buta. Wielu zarzuca Black Sails zbyt duże skupienie na gadaniu, a zbyt małe na pływaniu, ale nawet, jeśli w grę wchodziły kwestie budżetowe, to mnie i tak podoba się zarysowanie nie tylko pirackiej społeczności, bo tak można ją tu nazwać, co ukazanie nam intrygujących charakterów i skomplikowanych moralności. Przy czym to wcale nie tak, że akcja toczy się wyłącznie na wyspie – jeśli ktoś, tak jak ja, w trakcie oglądania Black Sails grał też w Assassin’s Creed IV, z całą pewnością mógł poczuć zew niebezpiecznej morskiej przygody. Tempo zresztą przyspieszyło w sezonie kolejnym, a tego, co będzie działo się w tegorocznym trzecim aż trudno mi się doczekać. Na koniec gorąco polecam przesłuchanie czołówki, bo jeśli nie zachwyci Was dokładnie ten kawałek Beara McCreary, to nie ma dla Was nadziei.

To jak? Do czego zachęciłam?

  • harpijka

    Starbuck i podstarzały szeryf! Po nadrobieniu zaległości serialowych na pewno się za to wezmę :)

  • Marta

    To jak należy Chicago oglądać? Człowiek się połapie, czy masz radę, po którym odcinku co i jak łączyć?

    • Ja podglądam listę odcinków na Wikipedii, tam jest zaznaczone, który jest cross-overem. Oglądam „Chicago Fire” do cross-overu, nadrabiam „Chicago PD” do tego momentu włącznie, wracam do „Fire” :)

      • Marta

        Dzięki :) Myślę, że mnie przekonałaś :D (au mój czas wolny! a tu czekają jeszcze Wiedźmin 3 plus dodatek, Uncharted remastered, mylion seriali ;_;)

        • Niektórzy mają jeszcze codzienną partyjkę w MMO. Geek life so hard ^^

          • Marta

            Rozmawiasz z osobą, która swojego faceta poznała przez SW:TORa :P I nadal opsimy z gildią. Working-geek life is so hard. Bo jakbyśmy nie pracowały, to zawsze 8h więcej :D To byłoby piękne.

  • royek

    Chicago Fire i Chicago PD mają też dwa crossovery z Law & Order: Special Victims Unit. Także przy kolejności oglądania trzeba też o nich pamiętać.

    • Szczerze, oglądałam bez znajomości SVU i wcale nie odczułam, że brakuje mi jakiś informacji. Zresztą czy dla jednego cross-overowwego odcinka warto oglądać JESZCZE jeden serial, tym razem dziejący się w ogóle w innym mieście? :)

      • royek

        Nie mówię, że trzeba serial oglądać, ale żeby nie zgubić tych dwóch odcinków przy okazji :)

  • Z wymienionych przez Ciebie seriali oglądam tylko Pokojówki – przesympatyczny serial. Jeśli chodzi o Nashville i Homeland, to oglądałam po kilka odcinków, ale Nashville jakoś mnie znudził, a przy Homeland ktoś podrzucił mi taki spoiler, że nie mogłam wrócić do oglądania. A że na brak seriali nie narzekam, to i z czasem zupełnie o nich zapomniałam.

    Z nie-fantastycznych oglądam jeszcze: Blacklist, Empire, Scorpion, Faking It, TBBT, 2 Broke Girls, Young & Hungry, Person of Interest (nie wiem, czy można to zaliczyć jako nie-fantastyczne, skoro mamy sztuczną inteligencję…), Grace and Frankie, UnReal (polecam!), zaczęłam Quantico (na razie jest dość interesująco), no i Sherlock.

    • Co do „Person of Interest”, zdecydowanie zaliczam go do fantastyki – bardziej near-fi niż sci-fi, but still.

      Z ciekawości, jaki spoiler z „Homeland”? Wydaje mi się, że wiem, ale wolę zapytać ^^

      • Tak właśnie podejrzewałam, ale tak naprawdę jedynym elementem fantastycznym jest sztuczna inteligencja, która nie zmienia jakoś specjalnie otaczającego nas świata. Czytałam gdzieś w wywiadzie, że taki był zamiar twórców – przedstawić serial w jak najbardziej realistyczny sposób, żeby widzowie wierzyli w to, że gdzieś tam w USA taki Finch i cała reszta naprawdę ratują ludzi.

        Tak, wiesz. Właśnie ten spoiler. Wiem, że serial jest bardzo dobry, ale po prostu nie mogłam się przemóc, żeby do niego wrócić. :)

        • No to powiem tylko, że zdecydowanie wolę „Homeland” od 4-go sezonu, po resecie ^^ Od czasu skupienia się na postaci Carrie bardziej niż na jej związku i wątkach obyczajowych serial nabrał dla mnie nowego wiatru w żagle :)

  • The Americans uwielbiam, Wikingów podobnie, Homeland skończyłam na 2 sezonie, ale może jeszcze wrócę. Z twojej listy zobaczyłam również Longmire i Black Sails – oba świetne, dzięki!