Wyzwanie książkowe w końcu dotarło i do mnie, choć niemała w tym moja własna zasługa. Widząc bowiem tu i tam ciekawe tytuły, łapałam się na tym, że może i nie przeczytałam w życiu wiele, ale to, co przeczytałam, było fajne, więc chciałabym się tym podzielić – toteż wzięłam sprawy w swoje własne ręce. Tym samym dziękuję Sakwanowi za wysłuchanie mojego twitterowego apelu.

Tak naprawdę słyszałam, że powinny być dwa osobne wyzwania – jedno o książkach naszego dzieciństwa, drugie o książkach, które zmieniły nasze życie. Pogubiłam się, o które właściwie chodzi, a potem uznałam, że przecież książki z mojego dzieciństwa też miały na mnie wpływ, więc generalnie mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Albo po prostu napisać o 10-ciu tytułach, które na stałe zapisały się w mojej pamięci i radośnie przypomnieć sobie o nich pisząc to zestawienie. Win-win, więc jedziemy:

Przygody Trzech Detektywów – „Alfred Hitchcock”

Nie pamiętam, którą serię czytałam w czasach dorastania wcześniej – Anię z Zielonego Wzgórza czy serię o trzech detektywach – ale właśnie tą drugą zapamiętałam po wsze czasy jako bodziec do odwiedzania biblioteki co jakieś dwa dni. Razem z koleżanką praktycznie prześcigałyśmy się w wyścigu do zastawionej kolejnymi tomami półki – a ku naszej radości, tych była zawsze niemal nieskończona ilość! – i choć dzisiaj nie pamiętam już konkretnych fabuł, przeczytałam je chyba wszystkie, a każdą z wypiekami na twarzy. Przede wszystkim pamiętam jednak niepodrabialną bazę ukrytą pod kupą złomu, z opłacanym z własnej kieszeni telefonem i kilkoma sekretnymi wejściami, a także nie opuszczające mnie poczucie świetnej, nieograniczonej zabawy. Nie zastanawiałam się wtedy nad tym, dlaczego w drużynie nie ma dziewczyn ani jak to możliwe, że dzieciaki w tym wieku poruszają się po mieście z praktycznie nieograniczoną swobodą – po prostu chłonęłam wszytko jak gąbka, zwyczajnie ciesząc się ze śledzenia tych niesamowitych zagadek. Ostatecznie z Przygód Trzech Detektywów szybko wyrosłam, przenosząc się na głębsze wody, na zawsze zapamiętałam ich jako mój pierwszy książkowy szał, stąd zasłużone miejsce na liście.

Pan Samochodzik i templariusze – Zbigniew Nienacki

Pana Samochodzika przeczytałam w swoim życiu strasznie mało, zaledwie trzy albo cztery tomy, z których poza Templariuszami nie pamiętam praktycznie niczego, z tytułami na czele. Być może po prostu zbyt późno te książki odkryłam, trudno powiedzieć. Nigdy nie zapomniałam jednak sceny wyławiania skarbu na spinning czy harcerskiego zapalania ogniska od jednej zapałki, a już na pewno mazurskiego krajobrazu, w którym miała miejsce akcja tej części. Powinnam chyba przypomnieć sobie ją ponownie, bo serio, nie mam już bladego pojęcia, o co tam chodziło – ale jeśli do dziś wiążę z tym tytułem pozytywne wspomnienia i zawsze kojarzy mi się z pełną, luźną przygodą, to coś jest na rzeczy.

Ci z Dziesiątego Tysiąca – Jerzy Broszkiewicz

Jeśli jest tu jakaś książka, którą pamiętam najmniej, to postawiłabym jednak na fantastyczno-naukowy utwór Jerzego Broszkiewicza. Nie przypomnę sobie, ile miałam lat, gdy go czytałam, ale na pewno za mało, bo strasznie niewiele z niego rozumiałam. Rozumiałam za to, że science-fiction przyciągało mnie już w tak młodym wieku, a poza tym odkryłam w Tych z Dziesiątego Tysiąca jedną z pierwszych bohaterek, która poniekąd została ze mną do dziś (i nazwałam po niej jedną z moich postaci w swoich pierwszych sesjach Warhammera w życiu). Wciąż mam w domu pożółkły egzemplarz i zawsze z ciepłem się do niego uśmiecham.

Nad Niemnem – Eliza Orzeszkowa

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale Nad Niemnem to jedna z najbardziej znienawidzonych lektur szkolnych, jeśli nie ta znienawidzona najbardziej, tak? Cóż, może i tak, ale ja akurat wkroczyłam w nią dzielnie i wyszłam później całkiem usatysfakcjonowana. Z bardzo prostego powodu. Otóż w której klasie program szkolny każe nastolatkom czytać tę pozytywistyczną cegłę? Gdzieś na poziomie 7-mej, 8-mej klasy wg starego systemu? No więc biorąc pod uwagę, że ma się wtedy ok. 14-stu lat i jest się dorastającą dziewczyną, w grę, poza wątpliwie dostrzeganymi walorami literacko-historycznymi, wchodzi tu jeszcze romans. A w zasadzie pojawia się na pierwszym planie i praktycznie tanecznym krokiem prowadzi całą lekturę do końca. Właśnie tak, czytałam Nad Niemnem nie dla krajobrazu powojennej epoki, ale dla romansu pomiędzy Justyną i Janem i zarazem dwóch światów tak bliskich, a tak dalekich. Strasznie podobał mi przenikający przez powieść wątek mezaliansu popełnianego na przestrzeni dziejów, a także, przede wszystkim, inna niż wszystkie postać upartej, swojej własnej bohaterki (choć wtedy jeszcze wcale tego nie rozumiałam). No i pomagało oczywiście przeskakiwanie tych ciągnących się opisów przyrody. Inaczej mówiąc, moja ulubiona lektura szkolna – nawet, jeśli wcześniej nasza ukochana polonistka-fantastka przepracowała z nami całego Hobbita.

Pride and Prejudice (i Mansfield Park, i Persuasion) – Jane Austen

Nie mogę za bardzo zdecydować się, którą powieść Jane Austen zamieścić na tej liście, więc zamiesiłam wszystkie moje ulubione, z Dumą i uprzedzeniem na czele, jako że ta była pierwsza i praktycznie pożarłam ją od razu w całości. Dobra rzecz, studiowanie filologii angielskiej ze specjalizacją w literaturze. Od tamtej pory jestem zatwardziałą miłośniczką twórczości Austen, przede wszystkim jej wnikliwego oka, satyrycznego tonu i ciętego języka, ale głównie jej czasem mniej, czasem bardziej inteligentnych, ale zawsze trzymających swoje bohaterek. Strona miłosna też oczywiście ma coś do powiedzenia, ale warczę na każdego, kto nazywa jej powieści wiktoriańskimi (!) romansami. Każdą z wymienionych powieści czytałam po kilka razy i za każdym razem nie mogę wyjść z podziwu nad bystrym zmysłem autorki. Kocham Jane Austen, teraz i po wsze czasy.

Seria o Harrym Potterze – J. K. Rowling

Cóż, musi się tu znaleźć seria, którą zaczęłam czytać będąc już w „złym” wieku, a do tego w szkole na lekcjach zastępczych i przy każdej możliwej okazji. Druga, ważniejsza sprawa, dotyczy faktu, że to właśnie przygody Harry’ego Pottera sprawiły, że zaczęłam czytać książki w oryginale po angielsku. Nie mogłam doczekiwać się polskich premier, kiedy świeżutkie angielskie egzemplarze były do kupienia za 100 zł od ręki! I tak na mojej półce połowa serii widnieje w wydaniu polskim, połowa w angielskim, choć wątpliwe, żeby utrzymała się tam do końca życia – bo niestety finał serii bardzo mnie rozczarował i nie mam serca czytać ją kiedykolwiek do nowa. Still, to dla mnie kawał książkowej historii, więc pozycja obowiązkowa.

Misery – Stephen King

Pierwsza rzecz autorstwa Stephena Kinga, którą miałam okazję przeczytać, i od razu strzał w dziesiątkę. Słowo daję, nigdy wcześniej – i na dobrą sprawę nigdy później – nie czytałam niczego, co wprowadziło mnie w tak przenikliwy stan przerażenia. Scena, w której Paul podstępnie wysyła Annie na zakupy, a sam na połamanych nogach wybiera się na oględziny domu skończyła się dla mnie gigantyczną trzęsawką, spowodowaną panicznym wręcz strachem o życie bohatera. Te opisy, to napięcie, ta groza były dla mnie – młodej, nieopierzonej – prawdziwym horrorowym chrzestem bojowym i choć później w życiu nie brakowało mi podczas czytania emocji, tego momentu nie zapomnę nigdy. Misery to najstraszniejsza powieść jaką kiedykolwiek przeczytałam i będę bardzo zdziwiona, jeśli coś ją kiedyś przebije.

The Hunger Games – Suzanne Collins

Zanim przeczytałam do końca Mockingjay i uznałam, że Suzanne Collins zabiła we mnie całą sympatię do tej trylogii, miałam o Igrzyskach śmierci bardzo wysokie zdanie. I w sumie dalej mam, jeśli wykluczyć pozostałe tomy poza pierwszym. W końcu była to książka, która na nowo zakochała mnie w czytaniu, ale również doskonały przykład mojego totalnego, głębokiego jak studnia i nie-wiedziałam-że-aż-tak-można przywiązania do postaci. Uwielbiłam Katniss za jej przeogromnie silną wolę i umiejętność szybkiego myślenia, ale spodobał mi się również gigantyczny kontrast wśród dwóch różnych społeczności. To był fascynujący świat – tak jak brutalny i niebezpieczny – zwiedzany w towarzystwie fascynujących postaci. Niestety słusznie się obawiałam, że zbyt bardzo się do nich przywiązuję, więc to przy okazji idealny przykład zawiedzionych nadziei. Gorzej niż końcówka Harry’ego Pottera.

Dracula – Bram Stoker

Ach, Dracula, Dracula, jakże ja cię uwielbiam. Historię najsłynniejszego wampira na świecie przeczytałam zanim obejrzałam jakikolwiek film na jego temat, więc zachwalana powszechnie wersja Francisa Coppoli zwyczajnie mi się nie podoba – bo książka podoba mi się po stokroć bardziej. Po pierwsze, ogromnie przypadł mi do gustu jej epistolarny format – a wówczas nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje; po drugie grupka polujących na siły nadprzyrodzone ludzi na zawsze odcisnęła na mnie swoje drużynowe piętno; a po trzecie, czytając wydany na cienkim papierze i dużym drukiem egzemplarz miałam permanentne wrażenie, że ta książka nigdy się nie kończy. Rozkoszy, z jaką przekładałam stronę po stronie widząc, jak jeszcze dużo zostało mi do końca nie da się porównać do niczego innego. A na koniec ja po prostu uwielbiam Draculę jako potwora i tylko u Brama Stokera mogę mieć pewność, że nie natknę się na romantycznego kochanka.

Park Jurajski – Michael Crichton

Dinozaury. Kto nie chciałby przeczytać książki o odrodzonych dinozaurach? Choć nie, oszukuję – najpierw widziałam oczywiście film, ale gdy później sięgnęłam po pierwowzór, nie było bata, Michael Crichton stał się moim ulubionym autorem wszech czasów. Dziś troszkę mi się to zmieniło, choć gdyby dalej żył i dalej pisał, pewnie trwałabym przy jego twórczości jak nowoczesna psychofanka. Spełnił niemniej dużą rolę w mojej książkowej edukacji, bo kupowałam i pochłaniam potem każdą jego nowo-wydaną powieść (jestem nawet szczęśliwą posiadaczką pięknie wydanego The Lost World w wersji oryginalnej, na którą całkiem przypadkiem trafiłam w księgarni i poprosiłam, żeby mi ją odłożyć – a mała wtedy byłam i nie miałam kasy). Tak czy inaczej, w każdej z nich podziwiałam niesamowitą zdolność Crichtona to przeplatania przygody z nauką, którą pochłaniałam wtedy z prawdziwym głodem wiedzy. Strasznie, strasznie żałuję, że już więcej nic nie napisze – ale cieszę się, że w każdej chwili mogę wrócić w jego pełne napięcia światy.

To tyle, bo miało być 10 (prawie zrobiłam 11, ale na szczęście się powstrzymałam!). Czas zatem na nominacje: nominuję Monikę z Magnolii, Suzarro z Oh no, it’s suzarro! oraz Marcina z Lektury Obowiązkowej :)

  • Czytałam trochę Pana Samochodzika i nie pamiętam, żeby łowili skarb na spinning :( Ale dużo było o tym mowy w Panu Samochodziku i Kapitanie Nemo, akcja działa się na Jezioraku. Templariusze w ogóle nie mieli miejsca nad jeziorem (poza kilkoma stronami), więc chyba myślałaś o kapitanie Nemo :)

  • „Duma i uprzedzenie”!!!!! <3 <3 <3 <3

  • Wstyd się przyznać, ale ja dopiero teraz Draculę nadrabiam. Tzn przeczytałam w zamierzchłych czasach po angielsku i pojęłam z tego piąte przez dziesiąte i ostatnio uznałam, że czas przeczytać naprawdę, z sensem. I na tę chwilę podoba mi się niesamowicie. I dodam jeszcze, że książką, którą pożyczyłam w pobliskiej bibliotece ma cudownie niepasującą do treści okładkę –> http://ja.gram.pl/upl/blogi/754327/img_wpisy/2012_50/Dracula.jpg co na nią spojrzę, to się śmieję:D