Jakiś czas temu Zwierz popkulturalny zaprosił blogerów do nowego filmowego wyzwania: stworzenia listy 10-ciu produkcji nadających się do wprowadzenia laików w świat kina. Ponieważ z filmów znam się głównie na fantastycznych, postanowiłam zaprezentować 10 tytułów z 10-ciu zakątków gatunku. Wprowadzenie do fantastyki to też wprowadzenie!

W zasadzie nie powinnam pisać, że znam się na filmach, jakichkolwiek. Tajniki kinematografii, reżyserii, sztuki oświetlenia czy mojego ulubionego comba: zdjęć i montażu, są mi praktycznie zupełnie obce. Wiem jedynie, kiedy mi się podobają, kiedy uważam je za skopane, a kiedy wydają mi się oryginalne i nietypowe. Jest też kwestia manipulacji obrazem w celu przekazania zawartej w scenariuszu fabuły – moja wiedza merytoryczna ogranicza się do entuzjastycznych komentarzy pozbawionej głębszej analizy. Dlatego wyzwanie traktuję nieco niezobowiązująco – postaram się, najlepiej jak umiem, opowiedzieć o zaletach moich propozycji, przedstawiając powody, dla których warto je obejrzeć niezależnie od tego, czy się jest świeżakiem, czy po prostu lubi się oglądać filmy. W najgorszym (najlepszym?) wypadku będzie to lista tytułów fantastycznych, których obejrzenia na pewno się nie pożałuje. Albo lista fajnych filmów rozrywkowych. Albo moje filmowe polecenia, bo kocham te filmy tak bardzo? Nieważne. Jeśli którekolwiek z powyższych Wam pasuje, czytajcie śmiało.

Obcy 2: Decydujące starcie (Aliens, 1986, reż. James Cameron)

Kategoria: Hard science-fiction space marines monster horror with funny dialogues. Jak zaczynać wprowadzenie, to dlaczego nie od razu z grubej rury? Pierwszy Obcy, swoim gęstym klimatem pełnowymiarowego horroru, odstraszyłby pewnie każdego, ale nakręcony przez Camerona sequel jest pod wieloma względami bardziej przystępny. Aliens powstał przy świadomym założeniu, że ma być filmem gruntownie innym niż swój poprzednik, przecząc popularnej zasadzie, że jak sequel, to ma zawierać więcej tego samego. I tak zamiast jeszcze bardziej klaustrofobicznego horroru w jeszcze bardziej gęstej atmosferze, mamy popisowe połączenie filmu o potworach z bandą kosmicznych żołnierzy, i to jeszcze w towarzystwie rozbudowanej psychologicznie, badassowej i nie dającej się ustawiać w szeregu protagonistki, za której pierwszoplanową rolę Sigourney Weaver zyskała nominację do Oscara. To świetny horror akcji, ale z tych horrorów akcji, które istniały na długo przed powstaniem kolejnych inkarnacji filmowych Resident Evilów. To przy okazji mój prywatnie najlepszy przykład kina science-fiction, które pomimo niemal trzydziestu lat na karku do dziś broni się wizualnie (zwłaszcza w zakresie scenografii i praktycznych efektów specjalnych). A jeśli chcecie zobaczyć, z jakim sukcesem filmowcy umieją bawić się perspektywą, odbiciami lustrzanymi czy ujęciami wstecznymi, spróbujcie odszukać je tu gołym okiem. Polecam każdemu, ko lubi kosmicznych marines, misje ratunkowe, masy krwiożerczych potworów, silne postacie kobiece i reżyserski perfekcjonizm. Klasa sama w sobie.

Droga bez powrotu (Wrong Turn, 2003, reż. Rob Schmidt)

Kategoria: Adult (w przeciwieństwie do teen) slasher horror with character development. Jeśli chodzi o horrory, nie ma lepszych niż te, w których grupa znajomych na wycieczce/biwaku/wyprawie naukowej jest po kolei uśmiercana przez szaleńców, mutantów lub siły seryjnych morderców. Jest w nich coś najbardziej przyziemnego, nie sądzicie? W tym gatunku nie sięgam jednak po klasyczne Teksańską masakrę piłą mechaniczna, Krzyk czy Halloween – biorę zwykłą, trwającą nawet niecałe półtorej godziny Drogę bez powrotu, która w magiczny sposób zawsze kończy się tak, jak to sobie wymarzyłam. Obiektywnie rzecz biorąc, nie na tym jednak polega jej wyjątkowość. Otóż w rzeczywistości slasher horrorów chodzi przede wszystkim o krwawą jatkę – teoretycznie, im więcej coraz bardziej wymyślnych sposobów zabijania, tym lepiej. Tymczasem Wrong Turn podchodzi do tego tematu od drugiej strony, starając się przede wszystkim zaprzyjaźnić nas z bohaterami. Nim poleje się pierwsza krew i mutanty zostaną spuszczone ze smyczy, mija dobre 40 minut wprowadzenia, które nie tylko potęguje klimat narastającego zagrożenia, ale również zagęszcza relacje pomiędzy osobami dramatu. Wtedy dopiero mają prawo uderzyć nas ich śmierci i wtedy dopiero zaczyna nam zależeć, żeby wyszli z tego cało. Jeśli szukacie horroru z nastawieniem na krew i flaki, wybierzcie coś innego. Ale jeśli chcecie obejrzeć slasher o bohaterach, a nie o zabijaniu, to Drogę bez powrotu polecam całym sercem.

Pontypool (2009, reż. Bruce McDonald)

Kategoria: Non-zombie zombie horror with confinement issues. A jeśli mowa o horrorach, muszę oczywiście wspomnieć o zombie horrorach – ale tym razem w dość nietypowej wersji mającej z faktycznymi zombie wyjątkowo niewiele wspólnego, co dla wielu już na starcie może być decydującym słowem zachęty. Kanadyjski Pontypool to naturalnie horror w najczystszej klasie – straszy, i to naprawdę dobrze, ale wcale nie w sposób bezpośredni. Fabuła skupia się na jednym miejscu: studiu nagraniowym miejscowego radia, i w zasadzie tylko na dwójce, w porywach trójce bohaterów. Krok po kroku zaczynają dochodzić do nich niepokojące doniesienia z zewnątrz, ale sami, odcięci przez śnieżycę, mogą polegać tylko na nagraniach świadków. Głosy, trzaski, dziwne słowa, nieludzkie szepty – to wszystko, czym dysponują tak oni, jak i widzowie. Słowa nie opiszą, jak mistrzowsko Pontypool manipuluje dźwiękiem i bezustannie podkręca atmosferę grozy przez skupianie się na bezsilnych, przerażonych twarzach nie ogarniających sytuacji bohaterów. Osobiście obejrzałam ten film na raty – zaczęłam jednego dnia wieczorem, skończyłam drugiego dnia rano, tak się bałam. Więc jeśli szukacie filmu, na którym będziecie sikać w majtki, a który przy okazji opowie Wam oklepaną historię w oryginalny, nowatorski sposób, bierzcie Pontypool bez wahania. Gwarantuję, że zakochacie się w takim strachu.

Apollo 13 (1995, reż. Ron Howard)

Kategoria: Historical space catastrophy drama with male bonding. Na chwilę schodzimy nieco bardziej na Ziemię, ale tylko nieco i tylko na chwilę, bo za moment bohaterowie Apollo 13 i tak znajdą się w drodze na Księżyc (a zaraz potem z powrotem na Ziemię, ale nie uprzedzajmy faktów). Dramat Rona Howarda o nieudanej misji księżycowej NASA oraz heroicznym wysiłku astronautów, specjalistów i kontrolerów lotu, by sprowadzić uwięzionych w uszkodzonym module załogantów do domów to ponad dwie godziny niesamowicie wciągającej historii o porzucaniu sporów na rzecz wspólnego wysiłku, pojednaniu charakterów i zwycięstwa nad porażką, która mogła zmienić bieg historii. To jednocześnie drobiazgowe odwzorowanie czasów, nastrojów i przede wszystkim technologii lat 70-tych, a do tego film nakręcony z niezwykłym zmysłem napięcia i emocji, ale nie przesadzony pod względem patosu. Idealnie nadaje się więc dla osób chcących przeżyć emocje w kosmosie, ale nie odrywając się zbytnio od ziemi. Do dziś, gdy słucham ścieżki dźwiękowej (James Horner) przechodzą mnie ciarki po plecach na wspomnienie towarzyszących mi podczas pierwszego seansu nerwów i uniesień. No i ta obsada: Tom Hanks, Bill Paxton, Kevin Bacon, Gary Sinise, Ed Harris. Houston, we (don’t!) have a  problem!

Park jurajski (Jurassic Park, 1993, reż. Steven Spielberg)

Kategoria: Near-fi adventure drama with freaking dinosaurs! Jeśli chodzi o filmy fantastyczne, które nie są aż tak fantastyczne, że nadają się dla widza niespecjalnie zainteresowanego tematem, a jednocześnie na tyle fantastyczne, że odwołują się do potrzeby odrobiny szaleństwa i przygody, trudno trafić lepiej niż w Park jurajski. Jedno z najsłynniejszych, a na pewno najbardziej popularnych dzieł filmowych Stevena Spielberga to wielka podróż do czasów, kiedy jako dzieci marzyło się o zobaczeniu na własne oczy prawdziwych dinozaurów, dotychczas tylko narysowanych w książkach o prehistorii. Marzenia spełniły się dopiero w 1993 roku, kiedy technologia komputerowych animacji zaliczyła olbrzymi krok do przodu, na zawsze zmieniając krajobraz filmowych efektów (generowany komputerowo T-Rex przeraża i fascynuje do dzisiaj – nic się od tamtych czasów nie zestarzało). O Jurassic Park piszę jednak dlatego, że to faktycznie wspaniały film o wielkiej, niebezpiecznej przygodzie – gdzieniegdzie zahaczającej i o horror – ale nie będący klasycznym filmem przygodowym. Na pierwsze czoło wysuwa się może dramatyczna, usiana przeciwnościami ucieczka z wyspy, ale spoiwem fabularnym jest tutaj ważne i, w dobie nowoczesnych technologii, istotne pytanie: czy możliwość usprawiedliwia czyn? Polecam każdemu, kto ma ochotę bać się o życie bohaterów, a do tego zastanowić nad sensem życia.

Mumia (The Mummy, 1999, reż. Stephen Sommers)

Kategoria: Modern classic adventure fun with heroic librarians. A skoro jesteśmy przy filmach przygodowych, pora na rzeczywiście klasycznego przedstawiciela gatunku, choć klasycznego w jeszcze bardziej nowoczesnej odsłonie niż filmy o Indianie Jonesie. Mumia zawiera wszystko, co klasyczne filmy przygodowe mają w sobie najlepsze: sympatycznego bohatera improwizującego na żądanie, zwariowane pościgi za starożytnymi skarbami, szalone ucieczki przed demonicznymi potworami, wartkie, zabawne dialogi, barwną estetykę lat 2o-tych zeszłego wieku oraz faktyczną mumię siejącą zamęt na egipskiej pustyni. Egipskie pustynie – z wyjątkiem może karaibskich mórz, nie ma nic bardziej przygodowego. Jako taki, film jest klasycznym przykładem bezpretensjonalnego kreskówkowo-komiksowego kina rozrywkowego, które istnieje tylko po to, żeby przywoływać na gęby szerokie uśmiechy i wcale nie mając zamiaru za to przepraszać. Wystarczy, że ogląda się świetnie i nawet nie trzeba się zastanawiać, dlaczego. Mumia to więc idealna propozycja na rozerwanie się w pozytywnej atmosferze, a przecież nikt nie zaprzeczy, że kino jak nic ma również cel relaksacyjny.

Gwiezdny pył (Stardust, 2007, reż. Matthew Vaughn)

Kategoria: Fantasy comedic adventure drama with bubbling candles. Pozostając w klimacie przygodowym, zmieńmy na moment gałąź gatunkową i przeskoczmy do fantasy wraz z przeuroczym Gwiezdnym pyłem, w którym trzy mordercze wiedźmy usiłują dopaść gwiazdkę z nieba, a nieporadny młodzieniec, który wpakował się w sam środek, nie ma bladego pojęcia, w co się wpakował. Dlaczego piszę, że film jest przeuroczy? Bo jest w takim samym stopniu magiczny – pełen niestworzonych rzeczy takich jak fantazyjne istoty i latające statki; zabawny – wypełniony dowcipnymi dialogami i kolorowymi postaciami; oraz baśniowy – opowiadający o królach, książętach, księżniczkach i przeznaczeniach; a do tego niezwykle ciepły, pozytywny i wzruszający. Będąc fantasy, unika elementów w gatunku oklepanych, choć w tym akurat zasługa autora powieści, na której jest oparty. Nie szukajcie tu więc elfów, krasnoludów, smoków, czy epickiego ratowania świata – skupcie się na zwariowanej, barwnej i ciętej przygodzie pewnego młodzieńca i pewnej dziewczyny, a jej serce i humor naładuje Was pokaźną dawką pozytywnej energii. Nawet nie zauważycie, że oglądacie fantastykę.

Oryginalna trylogia Gwiezdnych wojen (1977, 1980, 1983)

Kategoria: Fantasy adventure science-fiction opera with princesses in castles on space stations. Skoro ma być wprowadzenie do fantastyki dla laików, to nie ma bata: bez Gwiezdnych wojen się nie obędzie. Oryginalna trylogia dla wielu w końcu była wprowadzeniem do fantastyki, a do tego udowodniła rzecz wówczas niebywałą: że odległy świat dalekiej galaktyki może być jednocześnie tak obcy, ale i tak znajomy. W Nowej nadziei, Imperium kontratakuje i Powrocie Jedi znajdziecie wszystko, co doskonale znacie z dziesiątków innych opowieści, bo to nic innego jak klasyczna baśń o bohaterstwie, przeznaczeniach i pokonywaniu przeciwności – podana w egzotycznej otoczce fantastyki w kosmosie. Obok statków kosmicznych, obcych o milionach kształtów czy sztucznych inteligencji, są tu rycerze i księżniczki, mędrcy i złoczyńcy, miecze i magia, a do tego stawki większe niż życie i wspaniały, bogaty świat przetwarzający wyobraźnię w rzeczywistość. Gwiezdne wojny można albo pokochać, albo być na nie całkowicie obojętnym – ale żeby się przekonać, najpierw trzeba obejrzeć. A nuż wkroczycie w świat, do którego co raz będziecie powracać w książkach, komiksach, grach czy serialach. Czego Wam z całego serca życzę.

Nausicaä z Doliny Wiatru (Kaze no tani no Naushika, 1984, reż. Hayao Miyazaki)

Kategoria: Animated post-apocalyptic fantasy adventure drama with cool gliders. Mówiąc o fantastyce, nie można zapominać o filmach animowanych, a mówiąc o filmach animowanych, nie można zapominać o dziełach animacji japońskiej – a mówiąc o dziełach animacji japońskiej, nie można zapominać o Hayao Miyazakim, twórcy, którego wyobraźnia nie zna granic, a którego filmy nigdy się nie starzeją. Z dorobku reżysera i jego kolegów ze studia Ghibli można wybrać praktycznie dowolną produkcję (wahałam się na przykład nad Księżniczką Mononoke, bo była moja pierwsza), ale Nausicaä ma w moim sercu specjalne miejsce. Powód jest bardzo prosty: niesamowicie przemawia do mnie nieugięta przeciwnościami losu bohaterka, której wrażliwe i waleczne serce przełamuje granice nienawiści, nietolerancji i niezrozumienia. Anty-wojenny i pro-środowiskowy przekaz ujmuje mnie sam w sobie, ale poprzez wolę Nausicii uderza we mnie z co najmniej zdwojoną siłą. Do tego film jest niezwykle dynamiczny, zrealizowany z dbałością o szczegóły i z przepięknie narysowanymi tłami, a oszczędnością w wyglądzie postaci nie ma się co przejmować: to jedna z kluczowych charakterystyk Ghibli (tak, wiem, wtedy jeszcze nie Ghibli, ale się zalicza). A gdyby tego było mało, jak raz zobaczycie, na czym lata główna bohaterka, do końca filmu będziecie przygryzać paznokcie w obawie, żeby nic się nie stało lotni. Film piękny, pełen wzruszeń i emocji, a do tego wartościowy tematycznie. Popłakałam się właśnie oglądając trailer.

Lilo i Stich (Lilo & Stitch, 2002, reż. Dean DeBlois, Chris Sanders)

Kategoria: Animated science-fiction non-Disney Disney comedy with cobras. A na koniec odrobina ciepła i radości w postaci niesfornego kosmity i małej, samotnej dziewczynki, która mieszka na malowniczych Hawajach, słucha Elvisa Presleya i hobbystycznie robi zdjęcia korpulentnym plażowiczom. Lilo & Stitch to najbardziej nie-disneyowski film Disneya jaki nakręcono: nie oparty na żadnej wersji klasycznej baśni czy opowieści, pozbawiony elementów musicalowych, pełen slapstickowych gagów typowych dla konkurencyjnych przygód Królika Bugsa i nawet narysowany z pełną świadomością swojej odrębności. Jednocześnie zachowuje niesamowicie ciepły, pozytywny i rodzinny klimat charakterystyczny dla Disneya, pokazując, jak łatwo można przemycać te same wartości nawet pod zupełnie inną banderą. Pod wieloma względami – chociażby humoru – bardziej nadaje się dla widzów starszych niż młodszych, a jeszcze bardziej, kiedy obejrzy się go w polskiej wersji językowej (prawie nigdy nie polecam polskich wersji językowych: Lilo & Stitch polecam). Idealna propozycja dla osób, którzy do fantastyki podchodzą jak do jeża, bo po prostu nie da się nie zakochać w niebieskim futrzaku odnajdującym swoją rodzinę w najbardziej niespodziewanym miejscu na świecie (zresztą co za pytanie – kto by nie chciał odnaleźć dom na Hawajach!).

Oczywiście, to tylko wierzchołek góry lodowej – ale jak tylko trafi na ten tekst osoba, która faktycznie nie zapoznała się jeszcze z fantastyką, to jestem gotowa pomóc o każdej porze dnia i nocy :)

  • StacjaKosmiczna

    Z większością się zgadzam. Ale nie w przypadku „Aliens”, bo to jest film totalnie odstający od reszty serii z Xenomorphami, gdzie pan Cameron dał upust swoim pasjom, troszkę nie szanując wcześniejszej konwencji. I właśnie „Alien: Isolation” pokazało, że da się z powodzeniem sprzedać opowieść hard-sf właśnie w klimacie pierwszego Obcego ;)

    • Ależ to było celowe, świadome założenie pana Camerona! Nie chciał kręcić tego samego, tylko więcej – chciał nakręcić film nowy i świeży i pokazać inną, ale równie niebezpieczną stronę Xenomorphów. Wiadomo, że klimat pierwszego „Obcego” jest wyjątkowy, ale wcale nie chodziło o to, że mogło się dać/nie dać go powtórzyć – tylko o to, żeby pokazać go inaczej.

      Poza tym jak nazwiesz „Obcego 4” jak nie odstającego od reszty? Tak naprawdę każdy film ma inną atmosferę i IMHO jest to piękne :)

      • StacjaKosmiczna

        Ja bardzo dziękuję Panu Cameronowi za Królową (bo mało osób wie, że jest współtwórcą konceptu) i ładowarkę, ale…No właśnie. Cameron (poza świetnym Terminatorem), kręci tak naprawdę jeden film, tylko z inną obsadą i z innymi założeniami. Magia jedynki polegała właśnie na duszności i osaczeniu, gdzie nawet broń palna nie miała znaczenia (dlatego wspomniałem o grze, bo tam to świetnie czuć). A z dwójki zrobiła się zwykła sieka, gdzie oddział super Marines zachowuje się kretyńsko od początku do końca, łamiąc wszelkie protokoły wojskowe. Taki Rambo w kosmosie.

        Natomiast mi się czwórka podobała i poza kilkoma fragmentami, nie mam jej zbyt wiele do zarzucenia :)

        • historieprzyszlosci.hihnt.net

          Abstrachujac od tego, ze Cameron wykorzystal pare pomyslow ze scenariusza Rambo 2 w Aliens, to jednak bardziej chodzilo mu o oddanie „stylu” Starship Troopers (zolnierze w kosmosie, uzbrojenie, „kamraderia” – nic zas z glownych watkow fabuly).
          No i niestety Cameron nie kreci caly czas jednego filmu… nie mialbym nic przeciwko atomowce na pokladzie Titanica :D

          • StacjaKosmiczna

            Żołnierze to tez temat-rzeka. Jako nastolatek byłem zachwycony zaraz po seansie kinowym. Ale patrząc na to dzieło z dzisiejszej perspektywy, całość wydaje się momentami niezwykle infantylna. Co nie zmienia faktu, że bardzo lubię ten film :)

            • historieprzyszlosci.hihnt.net

              Ale ja tu mowie o ksiazce, film ma z nia niewiele wspolnego. Co nie zmienia tego, ze jest fajny, acz niedopracowany :)

  • z Lilo i Stich to ja nigdy, chyba nie zapomnę o początku z He Mele No Lilo. Ale to chyba temu, iż mi się marzy wyjazd na Hawaje (a komu nie?)

  • Bardzo lubię Drogę bez Powrotu, chociaż z tego co widzę jakieś zwiastuny to kolejne części nie są zbyt dobre.
    Problem zawsze miałem z Obcym 2. Wiem, że jest to dobra część, ale długo nie mogłem jej obejrzeć. Znałem inne części, ale na dwójce zawsze zasypiałem/coś mi wypadało/sam nie wiem co jeszcze. Na szczęście w końcu, za którymś razem obejrzałam ;)
    Ja poproszę więcej horrorów :D